piątek, 19 grudnia 2014

Rozdział V - Areszt

Przekraczając próg bramy przeszywa mnie zimny dresz. Robię kolejny krok i znikam za ścianą nieznanej energii. Wciąga mnie siła tunelu i już po chwili szybko przesuwam się w stronę Ziemi. Wnętrze tunelu składa się z wielu przplatających się wzajemnie kolorowych żył o różnej grubości. Natomiast pomiędzy nimi, w niektórych miejscach przebłyskuje nieskazitelna, rażąca biel. Patrzę w sam środek tunelu, a tam powoli kształtuje się coraz wyraźniejszy obraz Ziemi. Wyląduje w pobliżu Nowego Jorku, gdzie rozegrała się właśnie bitwa pomiędzy Avengersami a Chitauri pod rozkazami Lokiego. Na Ziemi bitwa dopiero się skończyła, ale na Peaces i Asgardzie właśnie zbliża się czas aresztu przywódcy nachodźców. W momencie, w którym dotrę na Ziemię obydwa czasy się zrównają. Będzie to dokładnie chwila między końcem bitwy a aresztowaniem. Różnica, a zarazem zmiana czasu jest moją przewagą; Xsavier widzi całą Galaktykę podobnie jak strażnik Asgardu, z tym, że Xsavier zna wszystkie zatajone i uznane za zniszczone przejścia, wykluczone z naszego wymiaru. Heimdall nie może ich dostrzec w przeciwieństwie do Xsaviera, który osobiście korzystał z tych portalów i często je obserwuje.  Dlatego właśnie może zobaczyć przyszłość choćby Ziemi z na tyle dużym wyprzedzeniem, żeby móc dostać się tam w wybraną chwilę. Asgard nie ma takiego luksusu, owszem widzą bliską przyszłość innych planet, ale żeby czemukolwiek zapobiec muszą dostać się do tunelu, w którym czas obu stron się styka i wyśrodkowuje, co nie daje im możliwość przybycia na czas. My możemy dokładnie wyliczyć, kiedy musimy wyruszyć aby przybyć o właściwej porze.
Jednak jest pewien problem, a mianowicie w czasie, gdy ktoś korzysta z niezarejestrowanych przejść tunele przestają się łączyć, co urywa przyszłość danej osoby, w tym przypadku mnie. Dlatego Xsavier nie chciał żebym leciała, bo jeśli nawet mnie złapią, to on nie będzie miał o tym pojęcia, do momentu mojej teleportacji z planety, na którą się przeniosłam.
Tunel się kończy, a mnie dosięga grawitacja. Czuję, jak coraz szybciej zbliżam się ku ziemi. Nabieram prędkości aż gwałtownie wbijam się w podłoże planety. Portal zniknął, a ja klęcząc na jednym kolanie i podpierając się o włócznie rozglądam się na około. Wszędzie cisza, opuszczone, zniszczone budynki i drogi, naprzeciwko mnie w środek wielkiego wieżowca wbił się rozbity statek obcych. Miasto jest lekko mówiąc zrujnowane... Już po bitwie, muszę się spieszyć żeby w porę dostać się na plac w centrum miasta. Tam odbędzie się aresztowanie i przekazanie więźnia Asgardczykom.
Przełykam nerwowo ślinę i biegnę w stronę wieżowca. Mijam ogromne góry gruzu i szkła, wszędzie walają się jakieś odłamki rozwalonych statków. Biegnę dalej, a budynek stopniowo się powiększa. Nie czuję zmęczenia mimo, że w ogóle nie zwalniam tępa. Ziemskie powietrze najwidoczniej jest bardziej zasobne w tlen. Jestem już bardzo blisko. Moich uszu dochodzi odgłos dalekiego szumienia, rozglądam się, ale nie widzę źródła dźwięku. Szumienie robi się coraz głośniejsze i głośniejsze. Coś się zbliża. Szukam jakiejkolwiek przyczyny pojawienia się dźwięku. I nagle dosłownie staję jak wryta, już wiem co to jest. Podnoszę głowę w górę i wpatruję się w niebo szeroko otwartymi oczami. Potwierdza się moje przypuszczenie - helikopter. Szybko zakładam kaptur na głowę i znów zaczynam biec. Mogą mnie zobaczyć, a wtedy wszystko pójdzie na marne. Biegnę najszybciej , jak mogę. Helikopter właśnie przelatuje nad ulicą, po której biegnę. Nie mam wyjścia, rzucam się w stronę wieżowca. Jestem dość blisko żeby się do niego dostać. Upadam na prawy bark i toczę się przez jakieś 2 metry, aż w końcu się  zatrzymuję. Otwieram oczy - udało się leżę pod dachem budynku. Przewracam się na lewy bok i próbuję wstać. Bark pulsuje mi tępym bólem. Spinam szczęki i staram się nie krzywić.
Kiedy już stoję uświadamiam sobie, że do wieżowca w leciałam przez ogromną dziurę w ścianie. Podchodzę do szyby na końcu sali; helikopter znika właśnie za ścianą mniejszych budynków.
Teraz do centrum zostało już tylko pół kilometra.
Całe pomieszczenie jest białe i bardzo jasne, a gdzieniegdzie leżą szczątki rozbitej ściany i okna. Nie ma żadnych mebli, a tylko drzwi na ścianie przy oknach. Podchodzę do nich i chwytam za klamkę - zamknięte. Tak jak myślałam.. Hm.. nic nie szkodzi. Ujmuję klamkę w obie ręce i zamykam oczy. Skupiam się na zamku w drzwiach, a moje wnętrze gwałtownie się rozgrzewa. Uchylam lekko powieki, a z moich rąk wydobywa się ciemnozielony blask. Zamek ustępuje i światło w moich dłoniach gaśnie, podobnie jak energia wewnątrz mnie. Wypuszczam ze świstem powietrze z płuc.
Odkąd to stało się pierwszy raz nauczyłam się nad tym panować. Według legendy mieszkańców Peaces: na początku Galaktyki żył pierwszy nordycki bóg kłamstwa Sekres. Miał własną armię i wierny mu lud, jak każdy inny bóg. Według tej historii miał moc władania energią wszechświata. Mógł dzięki niej przenosić się w dowolne miejsce bez zmiany czasu, zmieniać swoją własną postać, a także wykorzystywać energię jako broń, ale to tylko niektóre z jego umiejętności. O innych wiadomo niewiele, gdyż były tajone przez jego samego. Legenda głosi, że wybrani z jego ludu otrzymywali od niego dar. Każdy, kto okazał się godny jego mocy dostawał jej cząstkę, którą mógł dowolnie rozwijać. Większość z obdarzonych szybko ginęła pod wpływem zbyt dużego napływu energii. Tak właśnie Sekres sprawdzał godność wybranych. Ponoć później zmienił tę metodę; rozszczepił swoją własną energię i zniknął, od tamtej pory energia sama wybierała godnych jej dziedziców niezależnie z jakiej planety pochodzą, kim są i czy tego chcą czy nie. Ktoś, kto został obdarzonym i chciał wyprzeć się mocy ginął straszną śmiercią. Energia zaczyna płonąć w każdej cząsteczce naszego ciała, jeśli się ją opanuje można  ją kontrolować, jeśli nie, energia nie będzie mogła wydostać się z ciała nosiciela i wypali jego wnętrze. Co dziwne energia ma postać zielonego światła, im większa jest mocy energii tym zieleń jest jaśniejsza i na odwrót. Są jednak takie momenty, kiedy nie panuję nad mocą, która zaczyna wydobywać się ze mnie oczami i dłońmi, paląc moje wnętrze, trudno wtedy nad tym zapanować. To niezwykły, ale i bardzo nieprzewidywalny dar, można powiedzieć, że w niektórych przypadkach wręcz niebezpieczny.
Spuszczam jedną rękę i naciskam klamkę. Za drzwiami wiją się wysokie schody ze szklanymi stopniami i stalowymi poręczami. Idę jak najszybciej w górę. Co dwa piętra pojawiają się małe okna przez, które wpada niewielka ilość światła. Cały czas biegnę w półmroku, aż w końcu jestem na ostatnim piętrze, gdzie rozciąga się długi, biały korytarz z wieloma drzwiami. Kroczę spokojnie na sam koniec korytarza. Na suficie znajduje się właz na dach. Wyskakuję w górę i uwieszam się na uchwycie. Pokrywa się otwiera, a na dół spada drabina. Wchodzę na dach budynku. Podmuch wiatru delikatnie rozwiewa mi włosy. Ze skraju budynku zwisa gruby kabel kończący się daleko w dole między budynkami. Wyjmuję włócznie z pochwy na plecach i zaczepiam ją o drut. Kładę nogę na samej krawędzi budynku. Mimowolnie spoglądam w dół, jestem około 300 metrów nad ziemią. Zaciskam wargi i spinam się w sobie. Powoli zamykam oczy i spuszczam obie nogi poza krawędź budynku. Serce mi przyspiesza i odruchowo otwieram oczy. Lecę nad ziemią z ogromną prędkością, podmuch wiatru powoduje, że oczy napełniają mi się łzami. Przelatuję pomiędzy dwoma budynkami prawie ocierając się o ścianę jednego z nich. Bark daje mi się  we znaki, więc podciągam się na lewej ręce aby go nie obciążać. Za budynkami dostrzegam ziemską świątynie z krzyżem na szczycie, tam kończy się trasa. Zanim się zatrzymuję wystawiam nogi daleko przed siebie, dlatego kiedy jestem już na końcu mocno uderzam stopami o ścianę budynku. Muszę chwycić się kabla żeby zejść na dół. Lewą ręką puszczam włócznię, chwytam za kabel i w tym samym momencie drugą ręką błyskawicznie chowam broń do pochwy na plecach. Mięśnie w ramienia mi drgają. Zza pasa wyciągam średniej wielkości sztylet i wbijam go w mur przede mną. Puszczam kabel i uwieszam się obiema rękami na rękojeści. Sztylet przesuwa się powoli w dół rozkruszając tynk. Już po chwili dotykam stopami ziemi. Jestem na obrzeżach placu w centrum miasta.
Zmierzam szybkim krokiem obok bram świątyni w stronę placu. Muszę pokonać jeszcze tylko ostatnią prostą. Wokół nie ma żywej duszy, same gruzy, małe domki, bloki i boisko do gry w baseball'a. To jedyna ziemska gra jaką znam. Kiedyś Xsavier zabrał mnie na tę planetę, bo załatwiał jakieś ważne sprawy, byłam zbyt młoda żeby się tym interesować, więc zostawił mnie na moment, na boisku, gdzie właśnie rozgrywał się mecz. Wszędzie było pełno ludzi, ale wtedy jeszcze nie musiałam się ukrywać, dlatego czułam się zupełnie  bezpieczna. Nikt nie zwracał na mnie uwagi mimo tego, że nie miałam żadnych akcesoriów danych drużyn. To był mój pierwszy kontakt z ludzką rasą.
Doszłam do celu, za małym, szarym blokiem znajduje się plac. Wychylam się i ukradkiem zerkam za ścianę. Na miejscu jest już Thor i agenci, prawdopodobnie z  S.H.I.E.L.D, a tuż za Thorem w towarzystwie trzech dobrze uzbrojonych agentów stoi ten po, którego tu przyleciałam - Loki. Oczy szerzej mi się otwierają, a brzuch się kurczy. Stoi prosto ze spuszczoną głową, co jakiś czas zerkając przymrużonymi oczami na resztę. Szuka ucieczki, ale asgardzkie kajdany skutecznie blokują mu ruchy. 
Skradam się pomiędzy górami gruzu i małą ilością drzew w ich stronę wszystko dokładnie obserwując. Płaszcz zapewnia mi odpowiednią ochronę, mogę swobodnie przejść praktycznie nie zauważona obok. Ukryta za jednym z pagórków jestem tuż za grupą agentów. Słyszę, jak Thor zapewnia mieszkańców Ziemi, że Loki zostanie należycie ukarany w więzieniu w Asgardzie. Czekam na odpowiedni dla mnie moment. Cierpliwie obserwuje całe zdarzenie, do chwili, kiedy Thor już zamierza się odwrócić. Wtedy wychodzę zza pagórka w stronę zaskoczonych agentów. Nie zwlekam  szybko rzucam w nich obezwładniaczami - nawet nie zdążyli zareagować, wszyscy upadają pod wpływem porażenia. Thor stoi zdezorientowany, ale szybko odzyskuje trzeźwość umysłu. Kiedy wyrzucam w jego stronę obezwładniacze wyskakuje wysoko w górę wraz ze swoim młotem uniesionym w prawej ręce. Biegnę w jego stronę zamachując się włócznią, ale blokuje mój cios rękojeścią Mojøllnira. Cofa się o krok.
- Byłem pewien, że nie żyjesz. - patrzy na mnie wściekłym wzrokiem. 
Zdejmuję głęboki kaptur i odsłaniam twarz.
- Przykro mi, że się zawiodłeś Thorze. - prycham i ponownie go atakuję.
Blokuje mnie swoją bronią, siłujemy się przez moment  w bezruchu, ale już po chwili odpycha mnie daleko w tył. To było do przewidzenia, jest o wiele potężniejszy ode mnie. 
- Czego chcesz i po co tu przyleciałaś?! - unosi się gniewnie Thor. 
Nie daję się rozproszyć, nie odpowiadam. Z tyłu trzej strażnicy nadal stoją przy Lokim, teraz już z wyciągniętą bronią. Mają rozkaz za wszelką cenę nie dać mu uciec. Thor wykorzystuje moją nieuwagę i unosi się w powietrze z wyciągniętym w moją stronę młotem. Od razu reaguję,  podnoszę włócznie i mocno uderzam jej końcem w ziemię. Siła uderzenia dezorientuje Thora i pada na ziemię. Zbliżam się w stronę strażników, dosłownie w tym samym momencie wszyscy otwierają ogień. Unoszę rękę i zataczam nią łuk, który tworzy tarczę z zielonej energii. Naboje odbijają się od niej i lecą w przeciwnym kierunku, uśmiercając swoich właścicieli. Loki patrzy na mnie zdezorientowanym wzrokiem, zupełnie nie wie kim jestem, co tu robię i czy chcę go unicestwić czy uwolnić. Unoszę ostrze włóczni tuż pod brodę Lokiego, a on wyżej unosi głowę. Ma spięte usta i nadal nieufnie przymrużone oczy. Uśmiecham się szelmowsko jednym kątem. Swoim zachowaniem chce mi pokazać opanowanie, jego oczy są zimne i twarde jak skała. Udsówam broń  od jego podbródka, otwiera szerzej oczy - nie tego się spodziewał. Zamachuję się - Loki uchyla głowę i zamyka oczy - włócznia uderza w kajdanki, które rozpadają się na pół. Odwraca powoli głowę, spogląda na swoje dłonie, a zaraz po tym na mnie.
- Kim ty jesteś? - patrzy pytająco.
Na samą myśl, że nic o mnie nie wie chce mi się śmiać. Wszystko w moim życiu opiera się na nim, a on nawet nie wie kim jestem.
Unoszę łagodnie kąciki ust, otwieram buzię żeby mu coś powiedzieć i wtedy słyszę za mną, że Thor się podnosi. Przestaję się uśmiechać, cała sztywnieję. 
- Odejdź od niego Kase. - mówi grubym, stanowczym głosem. 
Jestem już tak blisko celu, tylko on stoi na przeszkodzie. Nie pozwolę sobie teraz odpuścić. Zaciskam dłonie w pięści i przybieram zacięty wyraz twarzy. Spoglądam na Lokiego, który patrzy to na Thora  to na mnie. Widzę w jego oczach strach, który usilnie stara się ukryć. Nie boi się brata, nigdy się go nie bał, ale po prostu nie chce zostać uwięziony, zamknięty jak w klatce w asgardzkim więzieniu. Chce dalej kontynuować to, co zaczął. 
Czuję jak pięści robią mi się gorące, odwracam się w jego stronę. Stoi dokładnie na przeciwko mnie, w odległości paru metrów. 
- Nawet na to nie licz. - syczę w jego stronę.
Nie mam z nim dużych szans, jest wysokim, umięśnionym, dobrze zbudowanym mężczyzną. Moja szczupła, wąska sylwetka i niski wzrost jest nieporównywalny z jego barczystą i mocną postawą.
Z krótkim i donośnym okrzykiem rzuca się w moją stronę, a ja robię to samo. I w momencie, w którym Thor miał uderzyć mnie młotem w twarz coś szarpnęło mnie w drugą stronę. Lekka energia przeszła moje ciało i znalazłam się przy pagórku zza, którego wyskoczyłam. Loki stoi przede mną i trzyma mnie za ramiona. Przeniósł mnie tu swoją energią - niesamowite. Uchylam usta, nie wiem, co powiedzieć i wtedy czuję, jak uderza we mnie błyskawica przywołana przez Thora; jedyne na co nie jest odporny maseran w mojej zbroi - moc bogów. Powietrze wylatuje mi z ust, czuję potworny ból w całym moim ciele. Patrzę na Lokiego, bo tylko on jest teraz przede mną; szeroko otworzył oczy, wodzi po mnie wzrokiem. Właśnie zrobił jedną z nielicznych dobrych rzeczy w swoim życiu - uratował mnie - i teraz to, czego dokonał ma pójść na marne. Ostatnie, co widzę to wyraz gniewu na jego twarzy. Wszystko wokół mnie huczy, padam na ziemię. Tylko siłą woli zmuszam się do uchylenia powiek. Thor zmierza w kierunku Lokiego. 
- Wracasz do Asgardu Loki. - mówi do brata. - Tam zostaniesz ukarany. 
Panuje cisza, Loki cały czas pała gniewem. Widzę jak zaciska obydwie dłonie i odwraca głowę od brata.
- Kim ona jest? - mówi przez zaciśnięte zęby.
- Kimś, kto już dawno powinien być martwy. - odpowiada bez uczucia Thor.
Rozpaczliwie próbuję sięgnąć włóczni niedaleko mnie, ale całe ciało mam sztywne, a z każdym ruchem pojawia się coraz większy ból. Postanawiam podjąć ostatnią próbę; Skupiam tyle energii ile mam i dotykam dłońmi ziemi, skumulowana siła wyrzuca mnie w stronę broni, chwytam ją i strzelam świetlistą kulą z włóczni w stronę Thora. Robi unik, ale za późno zielona porażająca energia trafia go w nogę. Wydaję zduszony okrzyk i wiję się z bólu. Wykorzystałam prawie całą moc, teraz będzie się regenerować. Wnętrze mi płonie, zaczynam krzyczeć. Muszę działać, bo będzie zbyt późno. Resztkami świadomości zaczynam szukać Lokiego.
- Loki!! - ogień mnie przeszywa.- Loki! - tym razem zamiast chrypania, wydobył się ze mnie tylko szmer.
I nagle coś dotyka mojego ramienia, a dźwięk okrzyków Thora dochodzi moich uszu.
- Jestem. - odpowiada mi Loki tuż przy mnie.
Otwieram oczy i walczę z zielonymi błyskami energii, Thor już prawie wstał.
- Loki daj mi kamień z mojej włóczni, szybko. - patrzy na mnie przez chwilę,  jakby się zastanawiał czy wykonać moje polecenie, ale jednak chęć ucieczki w nim wygrywa. Sięga po włópcznie i z trzaskiem wyrywa z niej ciemno zielony, mały kamień. 
- Nie rób tego! - wrzeszczy Thor w jego stronę. - Nie masz pojęcia kim jest! Nie można jej ufać! 
Spojrzał krótko na brata i patrząc mu w oczy podał mi kamień. Szarpię ramię Lokiego. Z daleka zdołałam jeszcze tylko usłyszeć stłumiony krzyk "Niee!!".
Ale portal otwarty dzięki mocy kamienia już zdążył się zamknąć. Udało nam się. Teraz mogę nareszcie odetchnąć z ulgą.



piątek, 12 grudnia 2014

Rodział IV

Otwieram oczy i powoli siadam  na skraju łóżka. Całą noc przespałam spokojnie. Przecieram dłońmi oczy i spoglądam za okno przy łóżku. Żywo zielone drzewa delikatnie drgają poruszane przez wiatr, słońce powoli wznosi się ku górze. Jest już koło południa.
Dziś będę ryzykować wszystko; całą moją anonimowość, wszystkie moje starania o zniknięcie z galaktyki, będę ryzykować stratę tego, co dotychczas udało mi się zdobyć, ryzykować nawet to czy kiedykolwiek jeszcze tu wrócę. Nie chcę odchodzić od okna i zostawiać za sobą ten spokojny krajobraz, ale muszę. Nie mogę dalej tu stać i myśleć o tym, że to wszystko zaryzykuję, bo będę zmuszona zrezygnować z tego, co tak długo planowałam.
Odwracam się i zaciskam zęby. Jestem cała spięta, ale pewna swego. Ubieram się w długie, przyległe do ciała spodnie i koszulkę z maseranu. Maseran będzie chronić mnie przed wszelkimi uderzeniami i postrzałami, jest odporny na wszystko z wyjątkiem mocy bogów, na którą dzisiaj będę narażona.
Biorę płaszcz pod ramię i zostawiam za sobą pokój. Szybko schodzę po schodach i idę w stronę kuchni. Xsavier siedzi w salonie z jakąś grubą na kolanach, patrzy na nią i charakterystycznie marszczy brwi, tak, że jego oczy robią się jeszcze mniejsze niż zazwyczaj, a kolor nagle ciemnieje ze złocistego na lśniący brąz. Nie wiem, co dokładnie chcę mu powiedzieć, ale muszę go przeprosić. Nienawidzę tego, nienawidzę się przed kimś uniżać, żałować tego co zrobiłam, to irytujące. Jednak Xsavier zasługuje na to, nawet jeśli mi się to nie podoba. Odwracam wzrok, na stole jest już śniadanie. Jeden pusty talerz - dla mnie - i różnorodne potrawy; większość jest zielona, jak wszystko na Peaces, reszta to mięso, jedyne jedzenie w innym kolorze. W pomieszczeniu unosi się przyjemny, ciepły zapach mięsa połączonego ze świeżymi warzywami. Podchodzę do stołu i odsuwam stare, drewniane krzesło, które głośno szura. Mrużę oczy i robię krzywą minę, kiedy ciągnę krzesło dalej.
Xsavier odwrócił wzrok od książki, usłyszał szuranie.
- Dzień dobry. - mówi zawadiacko się uśmiechając z lekko uniesioną prawą brwią.
Zatrzymuję krzesło i odwracam się na pięcie w jego stronę. Moja mina mówi wszystko - patrzę na niego spode łba z przepraszającym, niewinnym uśmiechem. Lekko przechyla głowę, tak wie o co mi chodzi. Dobrze mnie zna i wie, co chcę u powiedzieć.
- Cześć Xsavier. - odpowiadam tylko.
- Siadaj, zjedz coś. - siadam, a on obok mnie. W kuchni przy dużym oknie stoi bardzo gruby, nieregularny stół z jasnego drewna, a wokół niego takie same krzesła z wysokimi oparciami i poduszkami na siedzeniu. Reszta mebli jest na przeciwko stołu, a wszystkie identycznie wyrzeźbione, tak samo nieregularne i mosiężne.
Kroję sobie kawałek kurczaka i nakładam jakąś nieznaną mi zieloną mieszaninę liści z warzywami. Ostrożnie zaczynam jeść gorącego kurczaka, wciągając nosem jego intensywny zapach obrazujący mieszaninę przypraw. Widzę kątem oka, że Xsavier mi się przygląda.
- O co chodzi? - pytam nie przerywając jedzenia.
Kładzie łokieć na stół i opiera głowę o rękę. Nie odpowiada tylko dalej na mnie patrzy. Spoglądam na niego. Jest zmartwiony, choć chce to ukryć.
- Możesz powiedzieć. - mówię i lekko unoszę kąciki ust.
- O nic Kase, po prostu nie chcę żebyś leciała na Ziemię. Jesteś... - chce coś dodać, ale tylko spuszcza na chwilę wzrok.
- Wiesz, że to już postanowione. Nie zmienię zdania, muszę tam polecieć. - uśmiech spływa z mojej twarzy, a zastępują go spięte przygryzione usta.
- Nie próbuję cię przekonać, żebyś została i tak wiem, że mnie nie posłuchasz. Po prostu odpowiadam na twoje pytanie. - mówi to zupełnie bez wyrazu.
Nie zwracam na to uwagi.
- Nie martw się, wszystko się uda. Poradzę sobie.
- Kase nie próbuj mi wmówić, że to takie proste. Tam będzie Thor i twój maseran ci nie pomoże. Mogą cię zamknąć w Asgardzie, odebrać wolność, zabić jeśli się nie poddasz. A to wszystko z powodu Lokiego, któremu należy się pobyt w więzieniu! - przy ostatnim zdaniu widelec wypadł mi z ręki i spadł na ziemie.
Poderwałam się na równe nogi.
- Nie masz prawa tak mówić. - odparowuję ostrym tonem, ale od razu się uspokajam i siadam. Xsavier mówi dokładnie o tym samym o czym ja dziś rano myślałam, boi się tak samo, jak ja. - Przepraszam.
Przecieram dłonią czoło i zamykam na moment oczy.
- Jesteś moją jedyną rodziną, nie możesz tak po prostu polecieć na misję samobójczą. - Wypowiada te słowa drżącym głosem. Chcę go pocieszyć, ale nie mam pojęcia jak. Nie powiem mu, że zostanę, bo skłamię.
Trwamy tak w ciszy ze spuszczonymi głowami.
- Obiecuję, że to nie będzie misja samobójcza.
Odwraca głowę w moją stronę i patrzy mi w oczy, po czym powoli kiwa głową. Dobrze wie, że te słowa nic nie znaczą, ale chce w nie wierzyć tak samo jak ja.
- Kiedy zamierzasz wylecieć?
- Ty mi powiedz. - odpowiadam krótko.
- Za godzinę go aresztują, masz jakieś dwie godziny zanim przeniosą go do Asgardu.
- Dziękuję. - patrzę na niego, ale on odwraca wzrok.
Czuję ukłucie w żołądku, jeśli mi się nie uda zawiodę nie tylko siebie, ale i jego.

Godzinę później jestem już gotowa. Ubrana w czarny płaszcz z wszystkimi potrzebnymi zabezpieczeniami i bronią. Łódź już na mnie czeka. Schodzę na dół i wychodzę z domu. Włócznia na plecach mi trochę ciąży, ale niewątpliwie się przyda. Xsavier soi przy miejscu, gdzie wylądowałam. Podchodzę bliżej i zauważam, że on też jest ubrany w płaszcz.
- Lecę z tobą. - zawiadamia mnie.
- Nie ma mowy, lecę sama. - nie pozwolę na to żeby ryzykował tak samo jak ja, nie jest do tego przygotowany.
- Tak... Spodziewałem się, że to powiesz. Pozwól mi chociaż polecieć z tobą do Bram. - wyczekuję mojej odpowiedzi. Zastanawiam się chwilę, czy nie chce mnie jakoś zwieść, ale chyba chce po prostu dotrzymać mi towarzystwa tak długo jak może.
- Dobrze.
Wsiadamy do łodzi i już zaraz wzbijamy się w górę. Pozwoliłam kierować Xsavierowi, bo on lepiej zna tę drogę. Lecimy nisko nad lasem, a z minuty na minutę wzbijamy się wyżej. Aż w końcu wbijamy się w tunel i przenosimy się z prędkością światła w stronę Bram. Xsavier jest bardzo dobrym pilotem nawet raz nie uderzył w ścianę tunelu i już po chwili jesteśmy na miejscu.
Bramy to miejsce, gdzie rozchodzi się tunel świetlny główny na trzy pośrednie; na  Ziemię, Orille i Idę. Składa się z trzech jaśniejących białych bram złączonych ścianami. Środek wszystkich bram wypełnia dziwna energia, która daje złudzenie pustej przestrzeni, ale w rzeczywistości kiedy w się jej dotknie dosłownie się znika i telrportuje na daną planetę. Byłam już tu, ale tylko raz, kiedy uciekałam z Jotunheimu. To było wieki temu.
- Możesz jeszcze wrócić. - wyrywa mnie z zamyślenia.
- Nie. Lecę na Ziemię. - podchodzę do niego i go przytulam. - Wrócę, obiecuję. Tylko na mnie czekaj.
Przyciska mnie mocniej i kładzie rękę na włosach. Kilka sekund później mnie puszcza i patrzy głęboko w oczy, a ich zazwyczaj złocisty kolor jest teraz tak blady, że przypomina bardziej matową żółć.
- Wierzę w ciebie. Do zobaczenia. - obraca się, a ja robię to samo i podchodzę do środkowej bramy, bramy na Ziemię.

piątek, 5 grudnia 2014

Rozdział III

Po długiej rozmowie z Xsavierem postanowiłam zostać na noc. Już późno, niebo jest już prawie czarne, a dwa z trzech księżyców już wzeszły. Dom Xsaviera znajduje się kilometr od miejsca, gdzie się z nim spotkałam. Jest mały, cały z drewna. We wszystkich oknach wiszą zielone zasłony zrobione z liści. Kojarzy mi się z nim duża część mojego dzieciństwa. Jest częścią tego lasu, tak jak i mnie.
Lubię patrzeć na niego z zewnątrz.
Po chwili dostrzegam Xsaviera chodzi po całym domu. Najwyraźniej czegoś szuka. Hm.. czego? Obudził moją ciekawość.
Podpieram się o wilgotną od rosy trawę nad rzeką i idę w stronę domu. Mijam parę drzew i zatrzymuję się przed drzwiami. Kiedy jestem już w środku słyszę kroki Xsaviera do góry. Nie mam zamiaru go śledzić, ani podsłuchiwać, poczekam w salonie. Spokojnie przechodzę przez pogrążoną w mroku kuchnię i idę w stronę fotela. Na środku salonu przed starą kanapą ze skóry leży wełniany dywan. Ściany tak jak i cały dom są drewniane. Rozglądam się po pokoju, wszystko jest w naturalnym porządku. Obok kanapy stoi mały regał z książkami i zdjęciami, nad nim wisi lustro w ciemnej stalowej oprawie. Podchodzę do lustra, ale w nie nie patrzę, od razu przenoszę wzrok na zdjęcia. Jest na nim mały chłopiec i nieco starsza dziewczynka, obydwoje mają czarne włosy do ramion. Są bardzo podobni mają te same oczy, ciemne, dość głęboko osadzone, te same proste nosy. Różnią ich usta on ma je cienkie, ale wyraźne, a ona pełne i blade. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak dzieci z Asgardu, nic bardziej mylącego. Słyszę jak powoli zbliża się Xsavier.
- Znów oglądasz stare zdjęcia z dzieciństwa. - bardziej stwierdza niż pyta.
Odkładam zdjęcie na miejsce i nie obracając się w jego stronę odpowiadam.
- Cały czas mnie zastanawiają. - mówię patrząc w lustro.
Mam długie czarne włosy układające się w fale i mocno kontrastujące zielone oczy. Patrzę w swoje obicie i analizuję każdy szczegół.
- Co cię zastanawia Kase? - widzę w lustrze jak opiera się o framugę drzwi i patrzy w moje odbicie.
- Dlaczego wyglądam jak zwykły człowiek? Jak.. - chcę dokończyć, ale nie wiem jak. Kręcę głową.
- Bo jesteś inna, nie jesteś Olbrzymem wiesz o tym. - Nie spuszcza ze mnie wzroku, patrzy tak jakby chciał, żebym zrozumiała.
- Urodziłam się na Jotuheimie, powinnam być Olbrzymem. A jednak.. - odwracam się do niego.
- Nie jesteś. - kończy za mnie. - Masz uczucia Kase. Kiedy cię dotknąłem od razu zmieniłaś kolor skóry i oczu, nie wiem dlaczego, ale wiedziałem, że nie jesteś taka jak oni.
Stoję tak i patrzę mu w oczy, a ich złocisty kolor mnie uspokaja.
- Chodź tutaj. - mówi prawie szeptem i wskazuje palcem.
Podchodzę, a on mnie przytula. Kładę mu głowę na ramieniu i odwzajemniam uścisk. Xsavier jest dla mnie jak ojciec mimo jego młodego wyglądu. Zatrzymał się w wieku 25 lat, tak jak każdy mieszkaniec Peaces, a w rzeczywistości jest ode mnie wieki straszy. Nigdy nie rozumiałam dlaczego mieszka sam, jest przystojny. Jest wysoki, ma ciemną karnację, złociste oczy i ciemne włosy. Ma idealnie gładką cerę i mocno zarysowaną szczękę.
- Nie zadręczaj się tym kim jesteś Kase. - mówi i powoli mnie odsuwa. Uśmiecham się i kiwam głową.
- Do góry masz gotową sypialnie.
- Dziękuję. - mówię i po chwili dodaję - Jutro zamierzam odwiedzić.. Lokiego. - waham się kiedy, to mówię, bo wiem jak sceptycznie Xsavier do niego podchodzi, ale ja wiem, co muszę zrobić. Muszę go uwolnić zanim zamkną go w Asgardzie.
Zaciska szczęki i patrzy mi prosto w oczy.
- To głupie posunięcie. Mogą cie złapać. - patrz na mnie i lekko marszczy brwi.
- Kto? Kto może mnie złapać?
- Straż, jutro zamierzają aresztować Lokiego.
Wiedział kiedy go aresztują, a mimo to nie chciał mi powiedzieć. Zamierzał to przede mną ukrywać? Po co? Nie mogę w to uwierzyć, czuję jak zaczyna buzować we mnie wściekłość.
- Jak długo zamierzałeś to przede mną ukrywać? Zamierzałeś mi w ogóle powiedzieć? - staram się mówić twardym i spokojnym głosem.
- Kase zrozum, że on jest kłamcą i zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel. Może cię równie dobrze wykorzystać. - ma w tym trochę racji, ale jestem pewna, że nie uda mu się to tak łatwo.
Mam kamienną twarz, nie chcę żeby widział, że się z nim po części zgadzam.
- Mylisz się. - przechodzę koło niego i idę w stronę sypialni.
Idę po schodach i skręcam w pierwsze drzwi po prawej. Moim oczom ukazuje się pokój, odwiedzany przeze mnie wiele razy. W lewym rogu stoi ogromne kwadratowe łóżko zrobione jakby z wydrążonego pnia drzewa, obok łóżka na całej ścianie rozciąga się ogromny regał z książkami, nie ma ani jednego pustego miejsca, wszędzie poukładane są wszelkiego rodzaju księgi. Wchodzę do środka i zamykam drzwi. Opieram się o nie i nabieram powietrza do ust, po czym powoli je wypuszczam. Zdejmuję płaszcz i kładę go na brzegu łóżka. To samo robię ze spodniami i bluzką. Zostaję w koszulce i bieliźnie. Zaglądam do szafy koło drzwi i wyciągam z niej trzy czwarte ciemnie spodnie. Kiedy już je założyłam idę się położyć. Przez jakiś czas leżę i rozmyślam, ale już chwilę później morzy mnie sen.

Budzi mnie dźwięk otwieranych drzwi, otwieram oczy, ale się nie ruszam. W drzwiach stoi Xsavier i jak zwykle opiera się głową o framugę drzwi.
- Dobranoc Kase. - powiedział cicho, po czym zamknął drzwi.
Kiedy wyszedł poczułam lekkie poczucie winy z powodu tego, co mu powiedziałam. I pomimo to przyszedł.