Jednak jest pewien problem, a mianowicie w czasie, gdy ktoś korzysta z niezarejestrowanych przejść tunele przestają się łączyć, co urywa przyszłość danej osoby, w tym przypadku mnie. Dlatego Xsavier nie chciał żebym leciała, bo jeśli nawet mnie złapią, to on nie będzie miał o tym pojęcia, do momentu mojej teleportacji z planety, na którą się przeniosłam.
Tunel się kończy, a mnie dosięga grawitacja. Czuję, jak coraz szybciej zbliżam się ku ziemi. Nabieram prędkości aż gwałtownie wbijam się w podłoże planety. Portal zniknął, a ja klęcząc na jednym kolanie i podpierając się o włócznie rozglądam się na około. Wszędzie cisza, opuszczone, zniszczone budynki i drogi, naprzeciwko mnie w środek wielkiego wieżowca wbił się rozbity statek obcych. Miasto jest lekko mówiąc zrujnowane... Już po bitwie, muszę się spieszyć żeby w porę dostać się na plac w centrum miasta. Tam odbędzie się aresztowanie i przekazanie więźnia Asgardczykom.
Przełykam nerwowo ślinę i biegnę w stronę wieżowca. Mijam ogromne góry gruzu i szkła, wszędzie walają się jakieś odłamki rozwalonych statków. Biegnę dalej, a budynek stopniowo się powiększa. Nie czuję zmęczenia mimo, że w ogóle nie zwalniam tępa. Ziemskie powietrze najwidoczniej jest bardziej zasobne w tlen. Jestem już bardzo blisko. Moich uszu dochodzi odgłos dalekiego szumienia, rozglądam się, ale nie widzę źródła dźwięku. Szumienie robi się coraz głośniejsze i głośniejsze. Coś się zbliża. Szukam jakiejkolwiek przyczyny pojawienia się dźwięku. I nagle dosłownie staję jak wryta, już wiem co to jest. Podnoszę głowę w górę i wpatruję się w niebo szeroko otwartymi oczami. Potwierdza się moje przypuszczenie - helikopter. Szybko zakładam kaptur na głowę i znów zaczynam biec. Mogą mnie zobaczyć, a wtedy wszystko pójdzie na marne. Biegnę najszybciej , jak mogę. Helikopter właśnie przelatuje nad ulicą, po której biegnę. Nie mam wyjścia, rzucam się w stronę wieżowca. Jestem dość blisko żeby się do niego dostać. Upadam na prawy bark i toczę się przez jakieś 2 metry, aż w końcu się zatrzymuję. Otwieram oczy - udało się leżę pod dachem budynku. Przewracam się na lewy bok i próbuję wstać. Bark pulsuje mi tępym bólem. Spinam szczęki i staram się nie krzywić.
Kiedy już stoję uświadamiam sobie, że do wieżowca w leciałam przez ogromną dziurę w ścianie. Podchodzę do szyby na końcu sali; helikopter znika właśnie za ścianą mniejszych budynków.
Teraz do centrum zostało już tylko pół kilometra.
Całe pomieszczenie jest białe i bardzo jasne, a gdzieniegdzie leżą szczątki rozbitej ściany i okna. Nie ma żadnych mebli, a tylko drzwi na ścianie przy oknach. Podchodzę do nich i chwytam za klamkę - zamknięte. Tak jak myślałam.. Hm.. nic nie szkodzi. Ujmuję klamkę w obie ręce i zamykam oczy. Skupiam się na zamku w drzwiach, a moje wnętrze gwałtownie się rozgrzewa. Uchylam lekko powieki, a z moich rąk wydobywa się ciemnozielony blask. Zamek ustępuje i światło w moich dłoniach gaśnie, podobnie jak energia wewnątrz mnie. Wypuszczam ze świstem powietrze z płuc.
Odkąd to stało się pierwszy raz nauczyłam się nad tym panować. Według legendy mieszkańców Peaces: na początku Galaktyki żył pierwszy nordycki bóg kłamstwa Sekres. Miał własną armię i wierny mu lud, jak każdy inny bóg. Według tej historii miał moc władania energią wszechświata. Mógł dzięki niej przenosić się w dowolne miejsce bez zmiany czasu, zmieniać swoją własną postać, a także wykorzystywać energię jako broń, ale to tylko niektóre z jego umiejętności. O innych wiadomo niewiele, gdyż były tajone przez jego samego. Legenda głosi, że wybrani z jego ludu otrzymywali od niego dar. Każdy, kto okazał się godny jego mocy dostawał jej cząstkę, którą mógł dowolnie rozwijać. Większość z obdarzonych szybko ginęła pod wpływem zbyt dużego napływu energii. Tak właśnie Sekres sprawdzał godność wybranych. Ponoć później zmienił tę metodę; rozszczepił swoją własną energię i zniknął, od tamtej pory energia sama wybierała godnych jej dziedziców niezależnie z jakiej planety pochodzą, kim są i czy tego chcą czy nie. Ktoś, kto został obdarzonym i chciał wyprzeć się mocy ginął straszną śmiercią. Energia zaczyna płonąć w każdej cząsteczce naszego ciała, jeśli się ją opanuje można ją kontrolować, jeśli nie, energia nie będzie mogła wydostać się z ciała nosiciela i wypali jego wnętrze. Co dziwne energia ma postać zielonego światła, im większa jest mocy energii tym zieleń jest jaśniejsza i na odwrót. Są jednak takie momenty, kiedy nie panuję nad mocą, która zaczyna wydobywać się ze mnie oczami i dłońmi, paląc moje wnętrze, trudno wtedy nad tym zapanować. To niezwykły, ale i bardzo nieprzewidywalny dar, można powiedzieć, że w niektórych przypadkach wręcz niebezpieczny.
Spuszczam jedną rękę i naciskam klamkę. Za drzwiami wiją się wysokie schody ze szklanymi stopniami i stalowymi poręczami. Idę jak najszybciej w górę. Co dwa piętra pojawiają się małe okna przez, które wpada niewielka ilość światła. Cały czas biegnę w półmroku, aż w końcu jestem na ostatnim piętrze, gdzie rozciąga się długi, biały korytarz z wieloma drzwiami. Kroczę spokojnie na sam koniec korytarza. Na suficie znajduje się właz na dach. Wyskakuję w górę i uwieszam się na uchwycie. Pokrywa się otwiera, a na dół spada drabina. Wchodzę na dach budynku. Podmuch wiatru delikatnie rozwiewa mi włosy. Ze skraju budynku zwisa gruby kabel kończący się daleko w dole między budynkami. Wyjmuję włócznie z pochwy na plecach i zaczepiam ją o drut. Kładę nogę na samej krawędzi budynku. Mimowolnie spoglądam w dół, jestem około 300 metrów nad ziemią. Zaciskam wargi i spinam się w sobie. Powoli zamykam oczy i spuszczam obie nogi poza krawędź budynku. Serce mi przyspiesza i odruchowo otwieram oczy. Lecę nad ziemią z ogromną prędkością, podmuch wiatru powoduje, że oczy napełniają mi się łzami. Przelatuję pomiędzy dwoma budynkami prawie ocierając się o ścianę jednego z nich. Bark daje mi się we znaki, więc podciągam się na lewej ręce aby go nie obciążać. Za budynkami dostrzegam ziemską świątynie z krzyżem na szczycie, tam kończy się trasa. Zanim się zatrzymuję wystawiam nogi daleko przed siebie, dlatego kiedy jestem już na końcu mocno uderzam stopami o ścianę budynku. Muszę chwycić się kabla żeby zejść na dół. Lewą ręką puszczam włócznię, chwytam za kabel i w tym samym momencie drugą ręką błyskawicznie chowam broń do pochwy na plecach. Mięśnie w ramienia mi drgają. Zza pasa wyciągam średniej wielkości sztylet i wbijam go w mur przede mną. Puszczam kabel i uwieszam się obiema rękami na rękojeści. Sztylet przesuwa się powoli w dół rozkruszając tynk. Już po chwili dotykam stopami ziemi. Jestem na obrzeżach placu w centrum miasta.
Zmierzam szybkim krokiem obok bram świątyni w stronę placu. Muszę pokonać jeszcze tylko ostatnią prostą. Wokół nie ma żywej duszy, same gruzy, małe domki, bloki i boisko do gry w baseball'a. To jedyna ziemska gra jaką znam. Kiedyś Xsavier zabrał mnie na tę planetę, bo załatwiał jakieś ważne sprawy, byłam zbyt młoda żeby się tym interesować, więc zostawił mnie na moment, na boisku, gdzie właśnie rozgrywał się mecz. Wszędzie było pełno ludzi, ale wtedy jeszcze nie musiałam się ukrywać, dlatego czułam się zupełnie bezpieczna. Nikt nie zwracał na mnie uwagi mimo tego, że nie miałam żadnych akcesoriów danych drużyn. To był mój pierwszy kontakt z ludzką rasą.
Doszłam do celu, za małym, szarym blokiem znajduje się plac. Wychylam się i ukradkiem zerkam za ścianę. Na miejscu jest już Thor i agenci, prawdopodobnie z S.H.I.E.L.D, a tuż za Thorem w towarzystwie trzech dobrze uzbrojonych agentów stoi ten po, którego tu przyleciałam - Loki. Oczy szerzej mi się otwierają, a brzuch się kurczy. Stoi prosto ze spuszczoną głową, co jakiś czas zerkając przymrużonymi oczami na resztę. Szuka ucieczki, ale asgardzkie kajdany skutecznie blokują mu ruchy.
Skradam się pomiędzy górami gruzu i małą ilością drzew w ich stronę wszystko dokładnie obserwując. Płaszcz zapewnia mi odpowiednią ochronę, mogę swobodnie przejść praktycznie nie zauważona obok. Ukryta za jednym z pagórków jestem tuż za grupą agentów. Słyszę, jak Thor zapewnia mieszkańców Ziemi, że Loki zostanie należycie ukarany w więzieniu w Asgardzie. Czekam na odpowiedni dla mnie moment. Cierpliwie obserwuje całe zdarzenie, do chwili, kiedy Thor już zamierza się odwrócić. Wtedy wychodzę zza pagórka w stronę zaskoczonych agentów. Nie zwlekam szybko rzucam w nich obezwładniaczami - nawet nie zdążyli zareagować, wszyscy upadają pod wpływem porażenia. Thor stoi zdezorientowany, ale szybko odzyskuje trzeźwość umysłu. Kiedy wyrzucam w jego stronę obezwładniacze wyskakuje wysoko w górę wraz ze swoim młotem uniesionym w prawej ręce. Biegnę w jego stronę zamachując się włócznią, ale blokuje mój cios rękojeścią Mojøllnira. Cofa się o krok.
- Byłem pewien, że nie żyjesz. - patrzy na mnie wściekłym wzrokiem.
Zdejmuję głęboki kaptur i odsłaniam twarz.
- Przykro mi, że się zawiodłeś Thorze. - prycham i ponownie go atakuję.
Blokuje mnie swoją bronią, siłujemy się przez moment w bezruchu, ale już po chwili odpycha mnie daleko w tył. To było do przewidzenia, jest o wiele potężniejszy ode mnie.
- Czego chcesz i po co tu przyleciałaś?! - unosi się gniewnie Thor.
Nie daję się rozproszyć, nie odpowiadam. Z tyłu trzej strażnicy nadal stoją przy Lokim, teraz już z wyciągniętą bronią. Mają rozkaz za wszelką cenę nie dać mu uciec. Thor wykorzystuje moją nieuwagę i unosi się w powietrze z wyciągniętym w moją stronę młotem. Od razu reaguję, podnoszę włócznie i mocno uderzam jej końcem w ziemię. Siła uderzenia dezorientuje Thora i pada na ziemię. Zbliżam się w stronę strażników, dosłownie w tym samym momencie wszyscy otwierają ogień. Unoszę rękę i zataczam nią łuk, który tworzy tarczę z zielonej energii. Naboje odbijają się od niej i lecą w przeciwnym kierunku, uśmiercając swoich właścicieli. Loki patrzy na mnie zdezorientowanym wzrokiem, zupełnie nie wie kim jestem, co tu robię i czy chcę go unicestwić czy uwolnić. Unoszę ostrze włóczni tuż pod brodę Lokiego, a on wyżej unosi głowę. Ma spięte usta i nadal nieufnie przymrużone oczy. Uśmiecham się szelmowsko jednym kątem. Swoim zachowaniem chce mi pokazać opanowanie, jego oczy są zimne i twarde jak skała. Udsówam broń od jego podbródka, otwiera szerzej oczy - nie tego się spodziewał. Zamachuję się - Loki uchyla głowę i zamyka oczy - włócznia uderza w kajdanki, które rozpadają się na pół. Odwraca powoli głowę, spogląda na swoje dłonie, a zaraz po tym na mnie.
- Kim ty jesteś? - patrzy pytająco.
Na samą myśl, że nic o mnie nie wie chce mi się śmiać. Wszystko w moim życiu opiera się na nim, a on nawet nie wie kim jestem.
Unoszę łagodnie kąciki ust, otwieram buzię żeby mu coś powiedzieć i wtedy słyszę za mną, że Thor się podnosi. Przestaję się uśmiechać, cała sztywnieję.
- Odejdź od niego Kase. - mówi grubym, stanowczym głosem.
Jestem już tak blisko celu, tylko on stoi na przeszkodzie. Nie pozwolę sobie teraz odpuścić. Zaciskam dłonie w pięści i przybieram zacięty wyraz twarzy. Spoglądam na Lokiego, który patrzy to na Thora to na mnie. Widzę w jego oczach strach, który usilnie stara się ukryć. Nie boi się brata, nigdy się go nie bał, ale po prostu nie chce zostać uwięziony, zamknięty jak w klatce w asgardzkim więzieniu. Chce dalej kontynuować to, co zaczął.
Czuję jak pięści robią mi się gorące, odwracam się w jego stronę. Stoi dokładnie na przeciwko mnie, w odległości paru metrów.
- Nawet na to nie licz. - syczę w jego stronę.
Nie mam z nim dużych szans, jest wysokim, umięśnionym, dobrze zbudowanym mężczyzną. Moja szczupła, wąska sylwetka i niski wzrost jest nieporównywalny z jego barczystą i mocną postawą.
Z krótkim i donośnym okrzykiem rzuca się w moją stronę, a ja robię to samo. I w momencie, w którym Thor miał uderzyć mnie młotem w twarz coś szarpnęło mnie w drugą stronę. Lekka energia przeszła moje ciało i znalazłam się przy pagórku zza, którego wyskoczyłam. Loki stoi przede mną i trzyma mnie za ramiona. Przeniósł mnie tu swoją energią - niesamowite. Uchylam usta, nie wiem, co powiedzieć i wtedy czuję, jak uderza we mnie błyskawica przywołana przez Thora; jedyne na co nie jest odporny maseran w mojej zbroi - moc bogów. Powietrze wylatuje mi z ust, czuję potworny ból w całym moim ciele. Patrzę na Lokiego, bo tylko on jest teraz przede mną; szeroko otworzył oczy, wodzi po mnie wzrokiem. Właśnie zrobił jedną z nielicznych dobrych rzeczy w swoim życiu - uratował mnie - i teraz to, czego dokonał ma pójść na marne. Ostatnie, co widzę to wyraz gniewu na jego twarzy. Wszystko wokół mnie huczy, padam na ziemię. Tylko siłą woli zmuszam się do uchylenia powiek. Thor zmierza w kierunku Lokiego.
- Wracasz do Asgardu Loki. - mówi do brata. - Tam zostaniesz ukarany.
Panuje cisza, Loki cały czas pała gniewem. Widzę jak zaciska obydwie dłonie i odwraca głowę od brata.
- Kim ona jest? - mówi przez zaciśnięte zęby.
- Kimś, kto już dawno powinien być martwy. - odpowiada bez uczucia Thor.
Rozpaczliwie próbuję sięgnąć włóczni niedaleko mnie, ale całe ciało mam sztywne, a z każdym ruchem pojawia się coraz większy ból. Postanawiam podjąć ostatnią próbę; Skupiam tyle energii ile mam i dotykam dłońmi ziemi, skumulowana siła wyrzuca mnie w stronę broni, chwytam ją i strzelam świetlistą kulą z włóczni w stronę Thora. Robi unik, ale za późno zielona porażająca energia trafia go w nogę. Wydaję zduszony okrzyk i wiję się z bólu. Wykorzystałam prawie całą moc, teraz będzie się regenerować. Wnętrze mi płonie, zaczynam krzyczeć. Muszę działać, bo będzie zbyt późno. Resztkami świadomości zaczynam szukać Lokiego.
- Loki!! - ogień mnie przeszywa.- Loki! - tym razem zamiast chrypania, wydobył się ze mnie tylko szmer.
I nagle coś dotyka mojego ramienia, a dźwięk okrzyków Thora dochodzi moich uszu.
- Jestem. - odpowiada mi Loki tuż przy mnie.
Otwieram oczy i walczę z zielonymi błyskami energii, Thor już prawie wstał.
- Loki daj mi kamień z mojej włóczni, szybko. - patrzy na mnie przez chwilę, jakby się zastanawiał czy wykonać moje polecenie, ale jednak chęć ucieczki w nim wygrywa. Sięga po włópcznie i z trzaskiem wyrywa z niej ciemno zielony, mały kamień.
- Nie rób tego! - wrzeszczy Thor w jego stronę. - Nie masz pojęcia kim jest! Nie można jej ufać!
Spojrzał krótko na brata i patrząc mu w oczy podał mi kamień. Szarpię ramię Lokiego. Z daleka zdołałam jeszcze tylko usłyszeć stłumiony krzyk "Niee!!".
