sobota, 29 listopada 2014

Rozdział II - Peaces

Po paru godzinach przeglądania map, gazet i wszelkiego typu informacji o mieście zaczęło świtać. Siedzę przy oknie z mapą wskazującą różne stare i nieuczęszczane przełęcze, na zewnątrz słońce powoli zmienia barwę z ciemno pomarańczowej na żółtą. Pięknie.
Przenoszę wzrok na zegar zawieszony nad drzwiami, jest już szósta. Czas wychodzić.
Podchodzę do szafy zrobionej z matowego szkła. Zamykam oczy i jak najbardziej wyczulając wszystkie zmysły dotykam całą dłonią szkła. Biorę głęboki wdech i wydech. Drzwi ustępują. Otwieram i zaglądam do środka. Na półkach poukładane są wszelkiego rodzaju bronie, od sztyletów, przez włócznie i miecze po pistolety i gadżety wyższej technologii. Otwieram wszystkie schowki i kieszenie w moim czarnym płaszczu i upycham w jeden z otworów garść obezwładniaczy. Tak one na pewno się przydadzą. Biorę mały poręczny sztylet i chowam u boku, za płaszczem. Do innych kieszeni chowam małe czerwone kulki. Używam ich tylko w razie pościgu, choć zwykle próbuję zachować dyskrecję. Myślę, że jestem gotowa. Nakładam kaptur na głowę, a jego kraniec opada mi pomiędzy oczy.
Cały strój pokryty jest czarnym pancerzem, zbudowanym z nałożonych na siebie kawałków maseranu, rzadkiego metalu wydobywanego na Jotunheimie. Pod wpływem światła słonecznego wygląda jak zwykła tkanina. Idealnie dopasowuje się do otoczenia, dlatego też zapewnia neutralny wygląd w każdej sytuacji.
Przekręcam klamkę w drzwiach i wychodzę na zewnątrz. Nie wieje, krajobraz jest jakby cały w bezruchu. Wchodzę na ulicę i idę w stronę cienia po drugiej stronie. Rozglądam się na około, nie widać żywego ducha. Nachylam lekko głowę i ukrywam twarz w cieniu kaptura. Ruszam dalej przed siebie. Mijam kilka domów ze złotymi kolumnami. Przyglądam się im przez krótką chwilę. Są ogromne. "Przestań skupiać się na budynkach" karcę się w myślach. Mam zadanie do wykonania.

Dotarłam na przedkrólewie, dzielnice blisko zamku Odyna. Irytuje mnie sama myśl o tym, że zamieszkuję Asgard. Ludzie z całych sił nienawidzący olbrzymów mijają mnie każdego dnia, żyjąc w nieświadomości, iż ktoś z opuszczonym kapturem przechodząc koło nich, jak każdy przeciętny Asgrdczyk jest jednym z nich, jest olbrzymem. Heh..
W mieście robi się tłok, coraz trudniej jest pozostać w cieniu. Minęły już trzy godziny od świtu, o tej godzinie w mieście zaczyna się życie. Koło mnie przechodzi grupka dzieci niosących małe koszyki z warzywami. Śmieją się i gonią, więc matka skarca je, żeby nie wysypały jedzenia. Wszystkie przytaknęły i zwolniły tempa. Najmłodszy z nich chwycił mamę za rękę. Wspaniały widok, napełniający człowieka przeszywającym ciepłem.
Oddalam się o parę set metrów od głównej ulicy. Jestem już bliska celu. I faktycznie za chwile moim oczom ukazują się szczyty gór. Wchodzę na solidny, pozłacany most i szukam małej latającej łodzi. Rozglądam się po wodzie i praktycznie od razu zauważam zacumowaną na krańcu mostu łódkę. Zamykam oczy, a kiedy je otwieram jestem na miejscu. Wchodzę na nią i unoszę ponad wodę. Szybko nabieram tempa i lecę w kierunku gór. Uśmiech mimowolnie ciśnie się na moją twarz. Wyczuwam jak adrenalina rośnie mi w żyłach.
Góry są coraz bliżej, widzę jak ich obraz gwałtownie rośnie, coraz szybciej i szybciej. Są już praktycznie przede mną i... wpadam w szczelinę pomiędzy nimi, uderzam lecącą łódką o ściany góry. Obijam się, ale próbuję wyrównać tor lotu. Już po paru sekundach wylatuję po drugiej stronie.

Moim oczom ukazuje się przepiękny widok starych rozciągających się do samego horyzontu lasów. Tak, to jest Peaces - zwana matką ziemią wszystkich planet. Temperatura tutaj jest zawsze letnio-wiosenna, wręcz można by powiedzieć idealna.
Ląduję na niewielkim placu między drzewami. Przyglądam się roślinności wokół mnie, nasłuchuję wszystkich odgłosów. Słyszę szmer liści, o które ociera się wiatr, kroki zwierząt i odgłos spadających owoców. Odwracam się z uśmiechem.
- Witaj Xavier! -Mówię unosząc ręce.
- Kase (czyt. Kejs)!
Ściskam go na powitanie, chwytam go za oba ramiona i oddalam jego twarz na długość ramion. Uśmiecham się do niego łagodnie.
- Dobrze cię widzieć. –Puszczam jego ramiona.
- Ciebie również. Długo cię tu nie było.
Kiedy to mówi kręci lekko głową licząc czas od ostatniego spotkania. To prawda, dawno już nie odwiedzałam Peaces (czyt. Pisys). Ciężko wylecieć z Asgardu nie zwracając uwagi Heimdalla, strażnika Bifrostu. Widzi wszystko, dosłownie wszystko, każde ciało w galaktyce, aczkolwiek są jednak przejścia, które są dla niego niewidoczne, tylko nieliczne i bardzo trudne do przebycia. To właśnie ze względu na niego muszę się kryć pod kapturem w cieniach wysokich budynków Asgardu. Nigdy nie byłam i nie będę tam mile widziana.
- Co cię tu sprowadza? – Wyrwał mnie z zamyślenia.
Myślę czy powiedzieć mu od razu po, co go przyleciałam.. Po co mam mu to mówić? Nie chcę by pomyślał, że przyjechałam tu tylko po to. Po chwili milczenia, spojrzałam na niego i ciepło się do niego uśmiechnęłam.
- Chciałam cię odwiedzić, sprawdzić, co się dzieje na Peaces i innych planetach. –Głównie to drugie, na Asgardzie nie mam skąd czerpać informacji o innych planetach. Xsavier jest moim jedynym informatorem, ale też przyjacielem, kiedy byłam młoda znalazł mnie na Jotunheimie. Przygarnął na jakiś czas i zabrał na planetę, na którą jak sądził najbardziej pasowaliśmy, ja i mój brat - do Asgardu.
Mieszkałam tam wraz z moimi przybranymi rodzicami, dopóki mnie nie wygnali i nie wróciłam do Xaviera. Zawsze dokładnie przyglądałam się życiu mojego brata, był młody, kiedy odeszłam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam kim on jest, dopiero na wygnaniu poznałam prawdę.
- Co chcesz wiedzieć? –Spytał jakby czytał mi w myślach.
- Czy dzieje się coś ważnego w galaktyce?
Idziemy przez zielony las w praktycznie całkowitej ciszy.
- Wszędzie zapanował pokój, Thor zajął się naprawianiem błędów brata. –Przymrużył oczy i po chwili dodał –Przynajmniej tak było jeszcze niedawno. Słyszałem, że na Ziemi szykuje się jakaś wojna.
- Na Ziemi? Znów tam? Skąd wiesz? –Ziemia zawsze jest obiektem pożądania tych, którzy chcą władzy.
- Thor leciał ostatnio w jej kierunku. Widziałem portal z planety cienia, o ile się nie mylę chcieli opanować Ziemie, ale ktoś był na tam przed nimi.
- Kto? –Wie kto, widać to po jego złocistych oczach, zawsze kiedy coś ukrywa lśnią brązem, po czym powoli wraca ich naturalny kolor. Potrafi dostrzec wiele rzeczy, ma dar można powiedzieć podobny do Heimdalla.
Odwrócił się do mnie, dobrze wie o kim myślę i jakby na potwierdzenie moich słów odpowiedział.
- Loki.
Na mojej twarzy pojawia się uśmiech powodujący przymrużenie oczu. Zerkam na Xsaviera. Pokręcił krótko głową i z sykiem wypuścił powietrze z ust.

Nadszedł czas.


sobota, 22 listopada 2014

Rozdział I - SEN


Kroczyłam wśród lodowych pustyń Jotuheimu. Wszędzie widać było wyłącznie granatowo-czarne góry i ziemie pokryte grubą warstwą śniegu, który wciąż prószył z zawsze szarego nieba.
Szłam jakby bez powodu, nie wiedziałam jaki mam cel, a jednak coś mówiło mi, że muszę iść dalej. Chciałam się zatrzymać, ale nagle zauważyłam jakiegoś małego chłopca. Miał wyraziście czarne włosy do ramion, duże oczy, które cały czas uważnie się we mnie wpatrywały, odniosłam wrażenie, że wręcz mnie przenikały.  Zauważyłam coś jeszcze - był mały, za mały jak na olbrzyma, a jednak jego skóra była niebieska, a oczy czerwone. Wyglądał dosłownie, jak ja. Czyżby został wygnany? Bardzo powoli zaczęłam się do niego zbliżać. Wiatr smagał moją twarz, niczym lodowy bicz, ale to nie miało wpływu na moją skórę tak bardzo przystosowaną do ostrych zimowych klimatów planety, na której żyję. Kiedy znalazłam się już dość blisko chłopca dostrzegłam, że płacze, łzy spływały powoli po jego delikatnych policzkach. Olbrzymy, jak sama nazwa wskazuje nie są najmniejsze, natomiast ja i.. najwidoczniej ten chłopiec, narodziliśmy się inni, można by rzec,, wybrakowani. Oboje byliśmy mniejsi i co najważniejsze potrafiliśmy okazywać uczucia. Dlatego bez wahania klęknęłam koło chłopca i otarłam mu łzy z policzka jednym ruchem dłoni. Uśmiechnęłam się i jąkając się delikatnie zapytałam:
- Co się stało? Co tu robisz?
On tylko na mnie patrzył, w jego oczach wciąż błyszczały łzy. Okazał się młodszy niż myślałam, mógł mieć rok według naszego czasu. Nie miałam nawet pewności czy potrafi mówić.
Wokół nas panowała niczym nie zmożona cisza, a w mojej głowie rozpoczęła się bitwa z myślami. Nie mogę go tutaj zostawić, pomyślałam, ale już za chwilę w moją stronę zostały skierowane setki kontratakujących argumentów. Zaczęłam się rozglądać, pustkowia nie było końca, a Oni mogli pojawić się w każdej chwili.. Pokaż im, że nie będziesz taka, jaką chcą abyś się stała, rozkazałam sobie, tym samym odrzucając wszystkie logiczne rozwiązania.
- Wszystko będzie dobrze. - wzięłam chłopca na ręce i dalej zwróciłam się w stronę gór na przeciwko.
Mały objął mnie swoimi małymi rączkami i z wdzięcznością położył głowę przy szyi. Obdarzył mnie zaufaniem, którego ja na pewno nie zmarnuję... Odpowiedzialność za jego życie wypełniła moje ciało energią. Mijały godziny marszu, byłam już zmęczona, nogi odmawiały mi powoli posłuszeństwa, a chłopiec zaczął mi ciążyć. Muszę się zatrzymać, powiedziałam sobie. Rozejrzałam się za odpowiednim miejsca na nocleg. Jakieś 100 metrów przede mną znajdowała się szczelina między górska. Niebo robiło się ciemniejsze z każda kolejna sekundą marszu, postanowiłam przyśpieszyć kroku zanim zrobi się niebezpiecznie. Podrzuciłam chłopca i maszeruję dalej. Wbyjałam nogę jedną za drugą w gęstą warstwę śniegu. Już po chwili wpadłam w monotonię, jedna noga, druga noga i biel śniegu rażąca moje oczy. Nagle coś świsnęło tuż koło mojego ucha i wbiła się w śnieg po mojej lewej stronie. Szybko odwróciłam się, a to co zobaczyłam było spełnieniem moich najgorszych scenariuszy... Trzech ogromnych łuczników pędziło ku nam konno. Poczułam jak puls mi przyspieszył, od razu zaczęłam biec, pędziłam coraz szybciej i szybciej, moje 50 metrów przewagi zniknie lada moment. Następna strzała popędziła w naszym kierunku, na szczęście zdołałam uskoczyć w prawo. Chłopiec znów zaczął płakać, przycisnęłam jego główkę dłonią, ale to nic nie dało. W tej samej chwili moją łydkę przeszła fala bólu nie do zniesienia, nie mogłam nic zrobić,  upadłam twarzą w śnieg. Jednak nawet to nie odwróciło mojej uwagi od chłopca, upadł tuż obok mnie. Natychmiast się do niego doczołguję i otulam ciałem, jak tarczą. Łucznicy byli już koło nas.
- Puszczaj go! Puszczaj go wygnańcu! - krzyczał do mnie jeden z łuczników.
- Oddaj go albo przypłacisz to życiem!
Już wiedziałam kim są, to poszukiwacze Jotunheimu. Wysłał ich król, ale po co? Czego chcą od takiego małego chłopca?
- Zostawcie go w spokoju! - odpowiadałam, nie zważając na to, że ryzykuję utratę życia.
- Na polecenie króla mamy go odnaleźć i zabić, a wraz z nim każdego tego, który będzie chciał nam przeszkodzić. Odsuń się i pozwól nam Cię nie zabijać, albo zostań i zgiń!
Dał mi wybór.. Ha! Co za dobroduszność.. szkoda tylko, że nie można im wierzyć. Zimni, jak lód i bezwzględni, nie są zdolni do okazania łaski, tak jak król - tak jak mój ojciec.
Następna strzała wbiła się w ziemie koło mnie. Ostrzeżenie. Jeden z łuczników zszedł z konia, podszedł do mnie, a jego cień przysłonił światło. Jego ogromna dłoń owinęła się wokół mojej szyi i podniosła wysoko w górę nad jego głowę. Druga natomiast przeobraża się w coś na kształt kolczastej lodowej maczugi. Pierwsze uderzenie w brzuch rozcięło skórę, na ziemię popłynęła krew. Ból przeszył  moje ciało, niczym tysiące noży. Muszę się bronić, pomyślałam rozpaczliwie.. moja ręka powędrowała w stronę paska, gdzie schowane były lodowe ostrza, bez chwili wahania wyrzuciłam w je w jego stronę. Zachwiał się zaskoczony, a jego palce poluzowały się, tlen ponownie zagościł w moich płucach. Spadłam bezwładnie z wysokości 6 metrów na ziemie. Półprzytomna, ledwo mogłam oddychać. Przed oczami znikąd pojawiły się mosiężne nogi jednego z olbrzymów. Ponownie znalazłam się w powietrzu, kątem oka dostrzegłam, jak drugi z nich podnosi dziecko. Nie, to jedno słowo uformowało się w mojej głowie i całkowicie przejęło nade mną kontrolę.
- Będziesz patrzeć na jego śmierć, wyrzutku. - mówi ten, który mnie unosi.
Poczucie bezradności wypełniło moje ciało, a zaraz za nim.. wściekłość, tak ogromna, że czuję jak płonę. W moich żyłach pojawił się ogień, krzyk rozdarł moje gardło, a z rąk tli się ciemno zielone światło. Patrzyłam na to, ale nad tym nie panowałam. Wszystko to stało się tak szybko; energia wybuchło w moim wnętrzu, światło oślepiło olbrzyma trzymającego chłopca, drugi z nich krzyczał. Czułam jak wypalam mu skórę, tkanka po tkance przedzierałam się przez jego ciało. Okrzyk bólu przeciął powietrze. Znowu leciałam, ale tym razem mnie upadłam na nogi, a chłopiec już był w moich ramionach. Strażnicy wciąż jeszcze żyli, uśmiechnęłam się szyderczo, wypełniona niegasnącą wściekłością. Przykucnęłam koło poszukiwacza i powoli jeździłam mu palcem po twarzy, napawając się uczuciem wypalania skóry. Moje oczy jaśniały biało-zielonym światłem. Miałam już dość tych zabaw, uderzyłam olbrzyma w miejsce serca i słucham jego krzyków, kiedy jego wnętrze znikało w moim uścisku - olbrzym umierał.
Zbliżam się do drugiego.
- Powiedz mojemu ojcu, że przekazuję serdeczne pozdrowienia z wygnania. - powiedziałam unosząc jego ogromne cielsko jedną ręką i rzucając w stronę konia.
Odjechał nie oglądając się w tył. Światło w moich oczach gasło, ręce zaczęły marznąć, skóra przybierała normalny kolor, a ja w środku płonę. Leżałam w śniegu i czułam, że umieram, kiedy znikąd pojawił się chłopiec i wpatrywał się we mnie swoimi zimno zielonymi oczami, położył mi rękę na głowie, a ja poczułam, że odpływam.

Obudziłam się cała spocona i lodowata za razem. Od razu usiadłam i zaczęłam szybko oddychać. Znów ten sam sen. Sen, a właściwie wspomnienie.. koszmar nocny. Poszłam do toalety i opłukałam twarz zimną wodą. Spoglądałam w lustro z jeszcze nie wytartą twarzą ociekającą wodą. Serce waliło mi, jak młotem.. Patrzyłam i próbowałam uspokoić oddech, ale.. nagle w odbiciu moich oczu błysnął przeszywający czerwony kolor. Zerwałam się na równe nogi i natychmiast odskoczyłam od lustra. Przywarłam do ściany, wzięłam głęboki wdech i wytarłam twarz.
Wróciłam do pokoju, na dworze było jeszcze ciemno. Rozejrzałam się po domu. Wszędzie był porządek, tylko łóżko miało pomiętą kołdrę i zrzuconą poduszkę. Przeszłam koło małej świeczki na biurku i podniosłam leżącą poduszkę. Poprawiłam łóżko i zaczęłam się ubierać.






Notka na temat bloga


Może na początek mała notka na temat bloga.
Blog opowiada zupełnie nową historie pochodzenia Lokiego, jego rodziny i ukrytych przed nim prawd.
Pojawią się nowe postacie, wiele szokujących i zupełnie innych doświadczeń.
Postaram się nie zmienić jakkolwiek postaci dobrze nam znanego Lokiego, aczkolwiek jeśli tak się stanie napiszcie mi to w komentarzu, a ja spróbuję się zrekompensować. To samo do waszych wszystkich uwag i zastrzeżeń.
Jeśli chcecie aby pojawił się jakiś wątek, postać, cokolwiek innego - napiszcie.
☼Posty będą dodawane co tydzień☼

A teraz już zapraszam do czytania i oceniania mojej historii.
☼G.A.N.D.A.L.F☼