poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział X

Już na początku bardzo przepraszam za tę prawie miesięczną przerwę w pisaniu, mogę wytłumaczyć się jedynie po trochu lenistwem, po trochu brakiem weny  (w większości) i czasu.
A teraz zapraszam już do czytania. c:

Po powrocie do domu poświęciliśmy cały dzień na uzupełnianie poszczególnych wątków całej tej historii. Loki potrafi być niesamowicie dociekliwy, choć na ogół pytania zachowuje dla siebie. Na początku nadal trzymałam dystans, później jednak pozwoliłam sobie powierzyć mu część mojego zaufania, resztę wolałam zatrzymać dla siebie, mając w myśli cały czas słowa Xsaviera. Tę zmianę nastawienia zmieniła wymiana zdań na temat Thora. Pozwalał mi pytać o wszystko i stwierdzać dowolne nawet najokrutniejsze fakty.
- Zaplanowałeś zniszczenie ceremonii Thora. - powiedziałam podczas ostatniej rozmowy. - Ty zesłałeś Olbrzymy i sam odwiedziłeś Jotunheim.
Loki zawahał się przez sekundę, po czym wykrzywił usta z przekąsem.
- Tak. No cóż nie mogłem pozwolić zasiąść na tronie temu bezmyślnemu osiłkowi. - Prychnął. - Doprowadziłby do wojny prędzej niż byśmy się obejrzeli. Odyn nigdy nie dopuścił by do tego żeby Olbrzym zażądzał państwem, jednak wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. - urwał, ale za chwilę dodał. - Stałem twarzą twarz z mo.. naszym ojcem. Laufey jest..
- Był. - poprawiam go. - Był okrutny i bezwzględny. Nie miał żadnych uczuć. Nie czuł strachu, smutku czy nawet radości. Był zimny, jak cała ta jego planeta.
Wspomnienie Laufeya od zawsze budziło, a i teraz budzi we mnie odrazę.
- Tak.. a ja go zabiłem. - powiedział z dumą Loki. - Mimo to jesteśmy tacy sami, jak on, Kase.
- Nie, nie jesteśmy. Są pewne różnice. - pytająco przechylił  głowę. - Jak sam widzisz zazwyczaj mamy normalny kolor skóry, gdyż mając kontakt z ciepłem nasze ciało je pochłania, a taki jest tego efekt. - mówiłam, pokazując dłoń. - Żeby nasza skóra wróciła do normalnego stanu potrzebujemy "drobnej pomocy". Mamy też inny kolor oczu, nie zawsze jest to zielony tak, jak u nas. Podejrzewam, że to pewien przejaw naszego wspólnego daru. No i najważniejsze: uczucia. Posiadamy je, to zupełnie normalne, dla nas, a dla Jotunów zupełnie obce.
I tak dzień uleciał na wzajemnych wyjaśnieniach i pytaniach, a także stwierdzeniach i dyskusjach.
Na zewnątrz słońce zniknęło już przykryte ciemnym horyzontem, a mrok powoli rozpływał się wśród wszechobecnych, otaczających dom pól.
- Idziesz spać? - pyta Loki, kiedy wchodzę na schody.
- Muszę trochę odpocząć. - tłumaczę.
- Dzień pełen wrażeń, co? - zaśmiał się.
Odpowiadam mu szczerym, delikatnym uśmiechem. Odwracam się w stronę schodów i ruszam do sypialni.
Wchodzę, popycham lekko drzwi i momentalnie rzucam się na łóżko. Zrzucam płaszcz i skopuje buty. Jestem spokojna, całkowicie spokojna. Zastanawiam się jaki będzie mój następny krok, ale sen całkowicie odcina mnie od rzeczywistości już po paru minutach.

Śnię o białym, przerażająco mroźnym pustkowiu. Olbrzym leży martwy u moich stóp, a moja rozpalona ręka ocieka jego gęstą, zimną jak lód krwią. Siła i potężna moc, która jeszcze przed chwilą pozwoliła mi zabić tego o, co najmniej 2 metry większego ode mnie Jotuna, teraz gaśnie, a wraz z nią moja przytomność. Gdzie jest chłopiec? Szukam bezwładnie rękami po pokrytym śniegiem podłożu. Nie obchodzi mnie, co się ze mną stanie, a już zwłaszcza, co się teraz ze mną dzieje, chcę tylko znaleźć chłopca. Muszę. Rozglądam się, nie ma go. Nie ma go. Wszędzie ciemna krew rozlewa się po skałach, ale z przerażeniem zauważam także ślady jasno czerwonej krwi. Serce wali we mnie młotem. Czołgam się w kierunku coraz większej kałuży czerwieni. Proszę, tylko nie on. Ale moje błagania są nieistotne, chłopiec z rozerwaną piersią leży martwy, a jego krystaliczne, zimno zielone oczy patrzą na mnie zupełnie nieruchome. Przenikliwy ból uderza w moje serce, rozrywa je, a ja nic nie mogę zrobić. Krzyczę głośniej i głośniej, ale to nie daje mi ulgi. Rozdzieram sobie gardło, ale dalej krzyczę. Gotuję się we mnie nie tylko żal i ból, ale też najsilniejsza - nienawiść. Zielony błysk wypełnia moje oczy, a krzyk miesza się z ogniem i sztyletem przeszywającym moje serce. Nie potrafię tego opanować. Wydaję mi się, że moje ciało zaraz całkowicie rozpadnie się na kawałki. Chcę stąd uciec. Błagam. Niech to się skończy.
Słyszę tylko krzyk, tylko krzyk, tak przeraźliwy, że mrozi krew w żyłach.
- Kase! Kase! - ze snu wyrywa mnie czyjeś nawoływanie.
Gwałtownie podnoszę powieki i napotykam zielone oczy chłopca. On żyje. Łzy obficie spływają po moich plikach łącząc się w malutkie strumyki.
- O Boże. - wyszeptałam, nie mogąc uwierzyć w swoją nagłą radość.
Twarz Lokiego wyraża przerażenie łączące się z szokiem.
Płaczę, ale teraz już tylko ze szczęścia. Wyciągam rękę i delikatnie ujmuję nią policzek brata. W pierwszym momencie spina się, ale zaraz się rozluźnia, a przerażenie zastępuje ulga.
- Krzyczałaś. - informuje mnie cichym napiętym głosem. - Co się stało?
- Tylko sen. - mówię, wycierając twarz.
Nie wydaje się usatysfakcjonowany moją odpowiedzią, ale to musi mu wystarczyć. Loki jednak się nie poddaje.
- Co w nim było? - siada obok mnie, a kiedy nie udzielam mu odpowiedzi, dotyka lekko mojego ramienia. - Możesz mi powiedzieć.
Machinalnie się uśmiecham, jak zawsze, kiedy traktuje mnie, jak siostrę, ale to nie wystarczy. Nie chcę żeby o tym wiedział i tak pozostanie.
- Jotunheim. - mówię ostrożnie. Powiedziałam prawdę, skąpą w szczegóły, ale jednak. Nie mam najmniejszego zamiaru go okłamywać.
- Olbrzymy. - domyśla się.
Potwierdzam skinieniem głowy.
Zamyślenie na chwilę zamgliło spojrzenie Lokiego.
Nie dociera do mnie, że tak mogłoby być zawsze. Taka możliwość, jak dotąd była dla mnie tak niemożliwa, że aż niedopuszczalna. A teraz siedzę tu zlana potem, z zaczerwienioną twarzą od płaczu i obolałym gardłem od krzyku, obok mnie siedzi mój brat, który przez całe życie w najmniejszym stopniu nie zdawał sobie sprawy, że ma siostrę. Aż trudno to powiedzieć, ale wszystko wskazuje na to, że docenia to wszystko. Te gesty, słowa - coś podpowiada mi, że to nie jest on, a słowa Xsaviera zaczynają przybierać rzeczywiste kształty, mimo to te myśli ledwo do mnie docierają.
- Pójdę spać. - mówię zmęczonym głosem.
Otrząsa lekko głowę wracając z krainy swoich myśli.
- Dobrze. - Staje przy wyjściu. - Jestem obok. - mówi wskazując kciukiem pokój za ścianą. 

Noc minęła mi już bez żadnych niespodzianek, mimo to koszmar odcisnął na mnie swoje piętno. Podkrążone oczy mono odbijają od mojej bardzo jasnej cery, a w dodatku bolą mnie nieznośnie.
Odkąd się obudziłam nie daje mi spokoju jedna myśl "Czy bóg kłamstwa może okazywać prawdziwe uczucia?". Nawet jeżeli są to oskarżenia w stronę Lokiego, nie mogę powiedzieć żeby były bezpodstawne, do tego karcę się w myślach za moją bezmyślność i przesadną ufność komuś takiemu, jak mój brat. Czy w takim razie mogę być kiedykolwiek pewna jego słów? Przełykam ciężko ślinę.
Dam mu szansę, jeżeli tylko zacznę coś podejrzewać zwiodę go. Oszukiwałam i kłamałam już tyle razy, że prawie dorównuje Lokiemu.

LOKI

Zapach jedzenie w siatkach przyjemnie pięści moje zmysły. Ziemskie jedzenie jest czasami tak dobre, że można powiedzieć porównywalne z asgardzkim. Dam je Kase, a ona już zrobi z tego użytek.
Kiedy dochodzę już do bezkresnych pól przechodzę przez barierę ochronną naszego domu i staję na progu drzwi.
Kase zdążyła się obudzić, siedzi w salonie. Kładę siatki na stole przed nią, ale ona nie wykazuje żadnej reakcji. Patrzę na nią, ale coś tu jest nie tak.
- Kase, chodź tutaj! Twoje odbicie się nie rusza! - śmieję się podziwiając nieudaną próbę siostry.
Przechodzi koło mnie z rozdrażnionym wzrokiem i przywołuje postać dłonią, po czym ta znika.
- Jak ty to robisz? Nie potrafię tego opanować. - mówi i rzuca się na kanapę.
Dobrze pamiętam, kiedy matka mnie tego uczyła. Zachowywałem się wtedy dokładnie, jak ona.
- Musisz się skupić na ruchu. No i oczywiście panuj nad temperaturą mocy. - tłumaczę po raz setny.
- Już to słyszałam. - mówi przewracając oczami. - Gdzie byłeś? 
- Po jedzenie. - podnoszę rękę, w której trzymam siatkę.
Kase już godzinę później kończyła doprawić obiad i teraz siedzimy jedząc koleją zupę. Kase mówi na nią ogórkowa, to zupa z jakiegoś owocu.. chyba. Jest przeraźliwie kwaśna, ale smaczna. Ciekawi mnie skąd wie tyle o Ziemii.
- Myślę, że to dobry moment żeby pogadać o tym po co cię tu ściągnęłam i co będzie dalej. - powiedziała nagle Kase.
"Po co mnie tu sciągnęła" te słowa trochę mnie zaskakują. A więc nie ściągnęła mnie tu wyłącznie, dlatego że jesteśmy rodzeństwem?
- Co masz na myśli? 
- Jak pewnie sam zauważyłeś nasze pokrewieństwo nie jest jedyną przyczyną mojego pojawienia się. - uśmiechnęła się zaczepnie. - Jest coś co ci się spodoba.
- Kontynuuj.
- Wiem, gdzie znajduje się pewna starożytna broń. Pozwala posiadaczowi na zwiększenie jego możliwości i mocy, jeżeli tak ową posiada. Jeśli udałoby nam się ją zdobyć dałaby nam tyle mocy, że razem zdołalibyśmy podbić.. 
- Ziemię. - zdzieliła mnie w twarz.
- Idiota. - zaśmiała się. - Myślałam raczej o Asgardzie. - powiedziała to z niewybaczalnie chytrym wyrazem twarzy.
- Coraz bardziej mnie intrygujesz siostro. - powiedziałem z niekrytym podziwem. 

sobota, 21 lutego 2015

Rozdział IX - Jotunheim

- Zimna? Pokaż. - wyczekująco unoszę dłoń.
Loki podciąga rękaw, spod, którego wychodzi już prawie niewidoczne oparzenie.
Przyglądam się ranie przez jakiś czas, obracam rękę Lokiego we wszystkie strony, ale nie znajduję żadnej przyczyny chłodu rany. Nadszedł czas, kiedy muszę zbadać skalę zimna. Z jakiegoś powodu nie chcę nawet musnąć oparzenia, dlatego kiedy wyciągam dłoń z wahaniem opada wolno w dół. W końcu dzielą mnie od skóry Lokiego tylko milimetry i wtedy postanawiam opuścić rękę. Moje palce ledwo dotykają rany, ale to wystarcza. Wszystkie nerwy w mojej dłoni jakby rozcinają mi tkanki od wewnątrz. Jak armia igieł chcą wydostać się na zewnątrz. W jednej sekundzie chowam rękę i zrywam się na równe nogi.
Zadziałałam na tyle szybko, że na szczęście Loki nawet nie zdążył pojąć sytuacji.
Szybko w miarę moich możliwości staram się przybrać kamienną twarz, jednak mój głos mówi zupełnie, coś innego niż pokazuje ciało.
- Przykro mi, ale nie mogę Ci pomóc. - Nie czekając na odpowiedź odwracam się i idę w kierunku łazięki u góry.
Igły nie przestają napierać na skórę od wewnątrz , dopóki nie dostaną się na zewnątrz. Dopiero wówczas dziurawienie mojego ciała ustaje.
Walę w drzwi ciałem, ustępują i z hukiem uderzają o ścianę. Dokładnie zamykam je za sobą i dopiero wtedy wyjmuję rękę spod płaszcza.
Od palcy po łokieć zmieniła barwę na ciemno niebieski , a dalej od tego rozgałęziają się wszędzie cały czas rosnące granatowe żyłki. Chłód boleśnie rozchodzi się po całym ramieniu dochodząc aż do prawej części twarzy.
Przerażona oglądam drżącą dłoń. Nie wierzę w, to co widzę. To nie mogło się stać. Jak? Jest gorzej niż myślałam. Nie miałam pojęcia, że istnieją takie następstwa po wybuchu mocy. Cała drżę, nawet nie myślę o tym żeby poruszyć się z własnej woli.
Fala bólu w okolicach serca mnie paraliżuje, wszystkie mięśnie to się napinają, to rozluźniają. Podnoszę głowę, mój wzrok napotyka inne spojrzenie w lustrze. Stoi tam kobieta, przez jej twarz z prawej strony przechodzą nieregularne krystalicznie niebieskie żyły, natomiast ramię już całkowicie zakryła nowa barwa.
Wpatruję się w nią z niemym krzykiem na twarzy, cofam się, ale na swojej drodze napotykm ścianę. Spuszczam wzrok na rękę żeby sprawdzić rzeczywistość odbicia w lustrze, ale prawda tylko pogarsza sprawę. Chwytam się za pierś, bezradnie próbując zatrzymać igły przebijające powierzchnię serca. Gwałtownie połykam powietrze. Rzucam ostatnie spojrzenie na odbicie w poszukiwaniu pomocy. Przez oczy postaci w lustrze przetoczyły się przebłyski dwóch nienaturalnie jaskrawych kolorów, dosłownie jakby toczyły ze sobą walkę. Zieleń nieustannie błyska nie chcąc ustąpić czerwieni. Ostatecznie zieleń gaśnie, a tęczówki, już nie tylko postaci w lustrze, ale i moje wypełnia nieposkromiona, krwista czerwień. Nie ma w tych oczach miejsca na żal, smutek czy współczucie - jest w nich wyłącznie gniew, nienawiść i bezlitosność.
Kłucie w sercu ustało i nastąpił kolejny etap zmiany mojego ciała.
- Nie, nie, nie. - powtarzam coraz bardziej kuląc się z bólu, najpierw przy ścianie, później klęcząc, a teraz już wijąc się na podłodze.
Próbuję wydostać się spod terroru igieł, wydobyć choć iskrę energii żeby roztopić wypełniający mnie lód. Zaciskam dłonie w pięści, a wszystkie resztki świadomości staram się skupić tylko na mocy. Serce zaczyna wystukiwać powolny rytm pompując gorącą krew ponownie do ciała. Wszystko trwa bardzo długo, ale już wkrótce mogę podnieść się z podłogi w toalecie i wycofać do sypialni. Skóra zbledła do poziomu znośnie sinego, natomiast oczy przybrały już swój naturalnie ostry zielony kolor.
Biorę parę głębokich wdechów, żeby opanować coraz większą histerię. Teraz brak kontroli, to najgorsze, co może mnie spotkać. Opanowanie przychodzi w miarę, jak zimno odchodzi, a  energia gaśnie.
Chwytam za klamkę i biorąc ostatni wdech, wychodzę na korytarz. Pierwsze, co widzę, kiedy staję na korytarzu, to piorunujące spojrzenie Lokiego.
- Siedziałaś tam trzy godziny. - powiedział spokojnym głosem, co całkowicie przeczyło jego spiętej twarzy. - Co się wtedy stało? - spytał z takim upórem, że wszystkie włosy na ciele stanęły mi dęba.
- Zupełnie nic. - nie da się kłamać w takiej sytuacji.
Wytrąciłam go tym bezsensownym kłamstwem z już i tak nadszarpniętej równowagi. Zawładnęło mną bolesne przeczucie, że tym razem na pewno pożegnam się z życiem. Nie daruje mi po raz drugi.
Tak, japrzewidziałam, Loki w ułamku sekundy bierze zamach i szarpie mnie za ubranie. Jestem tak osłabiona, że nie mam siły nawet się bronić, więc tylko uchylam głowę i unoszę ręce.
- Zostaw mnie! - krzyczę rozpaczliwie, a w tym samym momencie ramiona Lokiego całkowicie nieruchomieją.
Puszcza mnie, stoi z rozłożonymi rękoma, jest całkowicie oszołomiony. Chwilę później odwraca się w stronę schodów i schodzi na dół, zostawiając mnie samą.
Panika teraz już całkowicie mnie wypełnia. Szybko łapię powietrze do płuc, ale to nic nie daje. Zanim zdążę się opanować po moich policzkach spływają gorące łzy. Zaciskam zęby tak mocno, że aż boli aby powstrzymać następną falę łez. Ocieram twarz wierzchem dłoni, wściekła na siebie, że pozwoliłam sobie na taki wybuch emocji. Wstaję i odpycham od siebie scenę sprzed kilku minut.
Schodzę na dół po schodach, każdy krok stawiam z ogromną starannością, tak cicho, jak tylko potrafię. Rozglądam się po korytarzu i salonie, na które pada poświata książca wpadająca przez okno. Przy wejściu do salonu widzę Lokiego na parapecie okna. Wpatruje się w przestrzeń za szybą.
Każdy element mojego ciała przechodzi nieprzyjemny dreszcz. Znam to uczucie, zakorzeniło się gdzieś głęboko we mnie, ale odwiedza mnie tak rzadko, że właściwie go nie pamiętam. Przynosi ze sobą ten dziwny dreszcz. Strach. Tak to się nazywa. Strach rośnie w miarę, jak zbliżam się do niego, aż w końcu nie mogę iść dalej.
- Kim ja jestem? - spytał mnie cichym, ochrypłym głosem.
Byłam pewna, że nie ma pojęcia o mojej obecności. Strach daje mi o sobie znać ostrym ukłuciem w brzuch. Z tego wszystkiego nie jestem pewna, co właściwie powiedział.
- Słucham? - głos drży mi, jak nigdy dotąd podobnie, jak ręce.
-Kim ja jestem, Kase?! - Jego rozdrażniony głos przenika mnie aż do szpiku kości, a oczy rozszerzają mi się do granic możliwości. - Nie wiem, co się ze mną dzieje. - dodał łamiącym się głosem.
To nie jest już Loki, który jeszcze przed chwilą mógł zrobić mi krzywdę. Teraz on czuje to samo, co ja. Może ja nie mam kontroli nad mocą, ale on nie panuje nad samym sobą. Nie potrafi zatrzymać wybuchu złości, od razu pojawia się w nim żądza wyładowania się na cudzym ciele. Mimo, że obserwowałam go przez tyle lat nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Kiedy tracę nad sobą kontrolę.. - zamilkł na chwilę. - Ja.. Ja wtedy.. chcę twojej śmierci.
Cisza wypełnia pokój po brzegi, niemal czuję jak porusza się między nami. Przełykam głośno ślinę i staram się utrzymać miarowy oddech i stłumić lęk.
"Wiedziałam, że tak będzie." odpowiadam w myślach Lokiemu, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk.
- I wiesz, co? - zaśmiał się ironicznie, lecz zaraz spoważniał. - Ja już nie wiem, kim jestem. - dodał zrezygnowany wręcz bezradnym głosem.

Wczoraj zapowiedziałam Lokiemu, że musimy odwiedzić pewne miejsce. To ryzykowne, on potrafi całkowicie ukryć portal, ja natomiast tylko na jakiś czas. Jednak nie mogę zdradzić mu gdzie lecimy, nie mam wyjścia.
Po tym co powiedział mi Loki jestem całkowicie pewna, że właśnie nadszedł czas żeby odpowiedzieć choć na cześć nurtujących go pytań.
- Loki! Jesteś gotowy? - spytałam, stojąc na trawniku przed domem.
Loki powoli schodzi po stopniach z ganku.
- Oczywiście.. - odpowiedział, uśmiechając się półgębkiem.
Prycham kpiąco rozbawiona wyrazem jego twarzy.
Emocje między nami opadły po wczorajszej rozmowie, a wraz z nimi przestrzeń, dotychczas wypełniona zimnem i obojętnością.
Nigdy nie spodziewałabym się, że usłyszę coś tak szczerego z ust Lokiego. Pokazał mi siebie z jego perspektywy. Sam. Sam się otworzył. Tak i to mnie właśnie martwi, jestem pewna, że coś musiało za tym stać. Na pewno wiedział, że wyciągnie z tego jakieś korzyści. Inteligentne i.. przebiegłe - gratuluję mu w myśli.
Wyjmuję rękę i spoglądam na Lokiego. Odpowiada mi przeciągłym spojrzeniem, jakby chciał wyczytać z moich oczu dokąd nas przeniosę. Najwidoczniej nie uzyskał oczekiwanych rezultatów, bo wzdycha tylko i ciężko przykłada swoją dłoń.
Podróż portalem nie trwa długo, już po paru minutach nasze stopy lądują na ziemi pokrytej delikatnym puchem śniegu.
Przed nami wszędzie widać ruiny zimnego, kamiennego miasta. Cisza wypełnia to miejsce.
Zimny wiatr smaga moją twarz, powietrze jest tu przeraźliwie mroźne, jak zresztą cała ta planeta.
Loki wpatruje się w miasto szeroko otwartymi oczami. Otwiera usta, chce coś powiedzieć, ale słowa najwyraźniej więzną mu w gardle.
- Znasz to miejsce, prawda?
- Jotunheim. - odpowiedział bez wahania. - Dlaczego mnie tu zabrałaś?
"Nadszedł czas", myślę. Tyle lat na to czekałam, a mimo to serce coraz bardziej przyspiesza w mojej klatce piersiowej. 
- Kto był twoim prawdziwym ojcem, Loki? - pytam wręcz wzywająco.
Teraz już jego twarz przedstawia tylko coraz większe przerażenie. 
- Skąd.. Skąd ty..?
- Kto nim był Loki?! - echo odbija mój głos, w taki sposób, że brzmi on jeszcze potężnej.
- Laufey, król Lodowych Olbrzymów. Król Jotunheimu. - Odpowiedział stanowczym głosem. 
- Odyn powiedział Ci, że znalazł cię po walce i przygarnął. - uśmiecham się ironicznie.
- Tak. - przyznał i odwrócił wzrok z powrotem na ruiny.
- Kłamał. Nigdy nie oszczędził by olbrzyma. - biorę głęboki wdech. - Laufey miał dwoje dzieci. Mniejsze od pozostałych. Kiedy narodziło się pierwsze oczekiwano, że zmieni się, gdy zacznie rosnąć. Jednak nie pojawiły się żadne zmiany, więc je wyganano. Zaledwie parę lat później narodziło się drugie dziecko równie małe. Nie czekano, wygnali je gdy tylko nauczyło się chodzić.. -  Loki patrzy na mnie wyczekująco, nie chce abym przerwała. - Rodzeństwo odnalazło się na śnieżnym pustkowiu, trzymało się razem wtedy znalazł ich mieszkaniec innej planety, dzieci nie wyglądały na Olbrzymów, więc zabrał je z pustkowia. Po czasie odesłał je tam, gdzie wydawałoby się pasowały najbardziej, do Asgardu. Tym człowiekiem był Xsavier.
Król przyjął nas osobiście, nie jestem pewna dlaczego. W końcu jednak dowiedział się, że dzieci naprawdę pochodzą z Jotunheimu, mimo to pozwolił im zostać. Dopóki dopóty starsze z rodzeństwa nie zaczęło sprawiać kłopotów. Nie pasowało do społeczności, było już zbyt dojrzałe żeby się dostosować, a w dodatku władało mocą nadaną przez starożytnego boga kłamstw, winy i grzechu - Pana Ciemności. Dziecko zostało ponownie skazane na wygnanie. - głos zaczął mi się łamać, ale muszę skończyć to, co zaczęłam. - Jestem twoją siostrą, Loki. (I'm your sister, Loki) - skończyłam niemal szeptem.
Nawet nie zauważyłam, kiedy obróciłam się do niego plecami. Najwidoczniej w pewnym momencie nie mogłam znieść jego pełnego niedowierzania i buzujących emocji spojrzenia.
Czuję, jak na moim barku zaciskają się palce, odwracam lekko głowę w jego stronę. Widzę go przez pełne łez, zamglone oczy. Nie ma w jego spojrzeniu gniewu, jest przepełnione tylko jednym uczuciem - troską.
Loki obraca mnie w jego stronę i kładzie mi obie dłonie na barkach. Pochłania mnie wzrokiem, przeszukuje każdy element mojej twarzy, a na końcu przyciąga mnie do siebie i okrywa ramionami.
Wypełnia mnie od środka takie ciepło, takie szczęście. Minęły lata odkąd ostatnio mogłam przytulić się do brata. Łzy bezwiednie opadają po moich policzkach.
Wtulam się w jego klatkę piersiową, jakby to było jedyne, co trzyma mnie przy życiu.
Góruje nade mną wzrostem, sięgam mu zaledwie do brody, mimo iż to ja przewyższam go wiekiem.
Puszczam go, ale moje dłonie chcą z powrotem czuć jego, tak długo oczekiwane, ciepło. Wracam wzrokiem na twarz Lokiego, na której teraz widnieje śnieżnobiały uśmiech. Obydwoje zaczynamy się śmiać, tak głośno i długo jak tylko możemy.
Nareszcie go odzyskałam.

środa, 4 lutego 2015

Rozdział VIII - Loki

Nie zamykaj oczu! - warczę, kiedy klękam tuż przy Kase. - Nie zamykaj oczu, słyszysz!? - jej powieki mimochodem opadają w dół.- Kase! - wrzeszczę - Proszę..
Ale ona już tylko leży nieruchomo pod ścianą, gdzie upadła. Nadal klęczę, ale dochodzi do mnie zdrowy rozsadek: muszę ją stąd zabrać, więc podnoszę ją i niosę do góry. Kładę ją na pościel łóżka w sypialni. Niech śpi, jutro na pewno się jej poprawi. Odwracam się i chcę wyjść, ale staję na progu, spoglądam na nią i czuję, że coś we mnie sprzeciwi się temu, co robię; zbliżam się do niej, podnoszę koc z podłogi koło łóżka i dokładnie ją przykrywam. Kiedy kończę nie patrząc  na nią wychodzę z pokoju.
Schodzę po schodach, siadam na kanapie w salonie i ukrywam twarz w dłoniach.
W mojej głowie rozgrywa się właśnie prawdziwa walka z myślami.
Co ona zrobiła? Dlaczego to zrobiła? Skąd tyle wie? Kim ona do cholery jest!?
Wiele pytań, a odpowiedzi, jak nie było, tak nie ma.
"Co ona zrobiła?" powtarzam w myślach.
A więc.. - to słowo ledwo przechodzi mi przez myśl -  uratowała.. mnie przed więzieniem. Ukryła przed Asgardem. Chciałem ją zabić, a ona mimo to, kiedy miała sposobność zabić mnie nie zrobiła tego.
W głowie krążą mi jej ostatnie słowa: "Wybacz mi". To mnie przerasta, napawa niepewnością, a za razem nienawiścią do Kase.
Zaczynam nerwowo krążyć po pokoju. Chciałem ją zniszczyć, a ona błaga mnie o wybaczenie, za to, że próbowała się bronić.
 I co? Mam się teraz nad nią litować? To wykluczone. Ona również próbowała mnie zabić, co dowodzi tylko tego, że nie można jej ufać.
A jednak wciąż żyję, choć równie dobrze mógłbym teraz leżeć martwy.
Te przemyślenia prowadzą do nikąd.
No dobrze, ale... dlaczego? Dlaczego mnie nie zabiła? A dlaczego ja chciałem to zrobić?
Wykpiła mnie, wiedziała o nikomu nie znanych rzeczach. Thor. To wzmianka o nim wyprowadziła mnie z równowagi.
"Morderca".. Miała rację. Kim innym jestem..? Czym jestem? Mordowałem ludzi dla przyjemności, dla zabawy i władzy.
"Wart mniej niż jeden człowiek na Ziemi". Tak.
Jestem potworem. A jakże. Jak może być inaczej, ból innych jest mi zupełnie obojętny, a wszystko czego chcę, to nieograniczona władza. Gdyby Kase jakkolwiek mi zagrażała nawet bym się nie zawahał jej zabić.
Wzbiera we mnie wstręt do samego siebie, kiedy myślę, że Kase ryzykowałam życiem walcząc z Thorem.
Ale są jeszcze inne pytania, na które muszę sobie odpowiedzieć.
Skąd tyle wie? Miała pełną świadomość celu moich decyzji. Do głowy nie przychodzi mi żadne logiczne rozwiązanie.
Nagle uderza mnie najważniejsze pytanie. Kim jest? Jest obdarzona - natychmiast odpowiadam sobie w myślach. Jej wybuch energii był niekątrolowany, a zatem nie osiągnęła pełni mocy.
U mnie było to możliwe tylko dzięki matce. Pomogła mi okiełznać ogień towarzyszący używaniu energii. Ja sam nie miałem w sobie na tyle silnej siły woli, żeby to kontrolować. Kase musi jej mieć więcej niż ja skoro jest na i tak dobrym poziomie opanowania mocy. Zastanawia mnie czy poradziła sobie z tym sama czy też ktoś jej pomógł.
Przywołuję całe zajście i przypominam sobie o oparzeniu na nadgarstku. Całość pokrywają ciemnoczerwone plamy i  małe, przezroczyste bąble, jednak nie czuję bólu. Zastanawiające.
Oparzenie jest przeszywająco zimne.
Jak mogła mnie poparzyć i zostawić po sobie lodowatą ranę? A jeśli się mylę? Na dobrą sprawę może mieć inną moc. Wcale nie musi być obdarzoną. Ta sprawa jeszcze bardziej mnie nurtuje.
Nie mam najmniejszego pojęcia kim jest Kase.
Wracam na kanapę i postanawiam dowiedzieć się więcej jutro od Kase.

Mija minuta za minutą, godzina za godziną, a ona wciąż się nie przebudza. Leży nieruchomo odkąd ją tu zostawiłem.
 Wygląda zupełnie inaczej; wszystkie rysy twarzy ma teraz całkowicie wygładzone, zwykle ciemne, zimne oczy wyglądają na delikatne i bezbronne. Pozory jej spokoju znikają w jednej chwili pod wpływem spuchniętej szyi, na której widać pełno fioletowo-czerwonych śladów moich dłoni. Odwracam od niej wzrok w stronę okna.
Zadziwia mnie jak na pozór wroga i tajemnicza osoba może w jednej chwili stać się kimś zupełnie innym. W lesie na Ziemii była twarda, doskonale wiedziała po, co przyleciała i, co zrobi później. Nie dopuściła do siebie nawet myśli, że za nią nie pójdę. A zarazem wzbudziła moja ciekawość. Na Peaces utrzymywała swoją stanowczość, ale przy Xsavierze była otwarta na każdą jego sugestie, nie obstawiała przy swoim. Stwierdzam, że Xsavier musi być kimś ważnym dla Kase.
Zawsze zachowuje pomiędzy nami dystans. Kiedy jednak prosiła żebym jej wybaczył zmieniła się nie do poznania. Miała błagalne spojrzenie pełne bólu. Bała się.
W momencie, w którym odzyskała część świadomości w jednej sekundzie odrzuciła się w przeciwną stronę ode mnie, uderzając z całej siły w ścianę. Dobrze wiedziała, że nie chce mi zrobić krzywdy. Wystraszyła się. Wszystko to sprawia, że nie mogę jej rozgryźć.
Intrygują mnie jej jakże różne postawy.
Mógłbym już dawno odejść, ale wiem, że musiała mieć cel w tym wszystkim. I wkrótce dowiem się jaki.
Kątem oka dostrzegam ruch, więc szybko odwracam głowę. Kase dotyka wierzchem dłoni czoło, ale cały czas ma zamknięte oczy. Kiedy uświadamia sobie, gdzie jest - dotykając pościeli i łóżka - zaczyna marszczyć czoło, a zaraz po tym w mgnieniu oka gwałtownie się prostuje i otwiera szeroko oczy.
- Witaj ponownie Kase. - mówię, siedząc twarzą do okna.
Nie odpowiada, wodzi tylko wzrokiem po całym pokoju, aż w końcu zaczyna odczuwać ból w okolicach szyi. Dotyka każdego miejsca w okolicach gardła, raz po raz krzywiąc się z bólu. Na końcu po dokładnych oględzinach obtarć i sińców chyba poskładała wszystko do kupy i przypomniała sobie wydarzenia z wczoraj, bo cała krew odpływa jej z twarzy i patrzy tylko na ścianę po przeciwnej stronie.
Nie odzywa się słowem, dlatego ja decyduję przerwać ciszę.
- Wiedz, że niesamowicie ubolewam, że nie podzieliłaś się ze mną twoimi umiejętnościami.. Darami.. - zauważam.
Na dźwięk ostatniego słowa powoli odwraca głowę w moim kierunku i spina usta.
Najwyraźniej nie chce o tym rozmawiać.
- Czego się boisz, Kase? - pytam drwiąco unosząc brwi.
- Prawie mnie zabiłeś. - mówi ochrypłym, głuchym głosem, jakby tylko potwierdzała, wydarzenia.
Mimo to odpowiadam.
- Ty mnie też, więc myślę, że nie mamy wobec siebie żalu, prawda?
W zamyśleniu potwierdzająco kiwa głową, choć wątpię, że to była odpowiedź. Raczej tylko potwierdzała coś w myślach.
Wszystko wskazuje na to, że jest jak na razie zbyt otempiała na rozmowę. Musi jeszcze trochę odpocząć, a potem dowiem się więcej.
Podnoszę się z krzesła i kieruję się w stronę drzwi.
- Leż i nigdzie się nie ruszaj. - rozkazuję krótko.
To stwierdzenie musiało ją bardziej uderzyć niż, moje wcześniejsze pytania, bo natychmiast się zrywa i siada na skraju łóżka.
- Nic mi nie jest. - mówi wstając.
Robi chwiejnie parę kroków, szuka płaszcza. I tak jak przewidziałem po chwili traci równowagę i opiera się o ramę łóżka.
Wybucham śmiechem, ale mimo to podchodzę do niej i  kieruję za ramię z powrotem do łóżka, cały czas się śmiejąc.
- Kase, Kase, Kase. Po prostu mnie posłuchaj i się nie ruszaj. - mówię powoli i specjalnie akcentuję każde słowo, jakbym tłumaczył coś dziecku. - Nie wiem idź spać albo coś.
- Przestań. - warczy w moją stronę. Wyszarpuje ramię z mojego uścisku i opada na łóżko.
Wyszczerzam zęby i po chwili wychodzę z pokoju.
Nie myślałem, że Kase potrafi być zabawna, cóż widocznie się myliłem. A więc poznałem kolejną z twarzy tej dziewczyny.

Po paru godzinach bezczynności i gotowania w kuchni idę dać jedzenie Kase. Aż mnie mdli na myśl, że muszę dla niej cokolwiek robić.. Wręcz usługiwać.
W lodówce było sporo jedzenia, głównie warzywa i owoce, ale było też parę "sosów czekoladowych", cokolwiek to jest i jakiś dziwnych przypraw. Nie miałem okazji bywać w kuchni Asgardu zbyt często. Zawsze miałem jedzenie podane na wielkich stołach w jadalni.
Zdałem się więc po prostu na instynkt. Wyszła z tego dziwnie brązowa papka, choć w smaku nie jest taka zła.
Mimo wszystko rezultaty są irytujące.
Otwieram drzwi do pokoju, gdzie leży Kase. Zaraz na wejściu rzuca mi gniewne spojrzenie.
- Już nie patrz tak na mnie. - mówię rozdrażniony. - Masz.
Podaję Kase małą miskę z przecierem. Patrzy chwile na jedzenie, a po tam na mnie i zaczyna się śmiać. Ciemne oczy natychmiast się jej rozjaśniają, cała promienieje zupełnie, jak wtedy, kiedy spała. Zadziwiony taką zmianą sam wybucham śmiechem.
- Nawet nie wiesz, jak ciężko było mi zrobić coś zjadliwego. - zauważam.
- Nie jestem pewna czy w ogóle TO jest zjadliwe. - mówi dalej się śmiejąc. - Loki wybacz, ale ja gotuję coś lepszego później.
Wiem, że jeszcze coś mówi, ale w głowie dudnią mi tylko wczorajsze słowa Kase "Loki wybacz mi". Wybaczyć jej, to, że broniła się przed śmiercią z moich rąk. Znów te same pytania, w kółko się powtarzają, zupełnie wyrywają mnie z rzeczywistości. Muszę znaleźć odpowiedzi. A Kase mi je da.
Loki? - wyrywa mnie z zamysłu głos obok.
Teraz dochodzi do mnie, że jej śmiech umilkł, a ja podobnie jak Kase wcześniej tempo wpatruję się w okno.
- Możesz wstać? - pytam wracając do rzeczywistości.
Na potwierdzenie wstaje i wychodzi z pokoju. Wróciła już do swojej prawdziwej twarzy; jak zawsze poważnej i ciemnej, ale też kpiącej i tajemniczej. Nie da się z niej dosłownie nic wyczytać.
Wydycham ciężko powietrze z ust i idę zrezygnowanh za Kase na dół. Zastaje ją w kuchni. Ma w rękach nóż, którym sika właśnie marchew.
W końcu jemy porządny posiłek, to jakaś zupa, Kase powiedziała, że to "rosół" czy coś takiego. Jest smaczna, choć dość słona w smaku.
Po wyjściu z pokoju luźna atmosfera między mną a Kase od razu zniknęła, a w jej miejsce powrócił wcześniejszy dystans.
- Chciałam powiedzieć ci o mocy w inny sposób. - nieoczekiwanie zaczyna Kase. Myślałem, że będę musiał włożyć wiele starań w to żeby zaczęła mówić, a tymczasem ona sama o tym wspomniała.
- Pocieszające. - stwierdzam. Przynajmniej wiem, że Kase chciała udzielić mi części informacji, a nie tylko izolować je ode mnie. Ale na dobrą sprawę nie miała zupełnie żadnych powodów się nimi dzielić. W takim razie już niedługo miałem dowiedzieć się więcej. - Opowiedz mi.
Krzywi się, ale zaraz przybiera spokojny wyraz twarzy.
- Mam taką samą moc, jak twoja. Ale ja w przeciwieństwie do ciebie czasami nad nią nie panuję. -
Potwierdza się moje założenie, ale co z chłodem w ręce?
- Dlaczego rana po twoim oparzeniu jest zima? - pytam bez zastanowienia.
Robi zdezorientowaną minę.
- Zimna? Pokaż. - wyciąga rękę I oczekuję aż podam jej swoją.
Podciągam rękaw na wysokość łokcia i odsłaniam już tylko czerwone oparzenie. Chwyta mnie za nadgarstek i dokładnie ogląda.
Wyciąga drugą rękę i zbliża palce do zaczerwienienia, kiedy tylko jej skóra styka się z raną błyskawicznie cofa dłoń. Zanim zdążę zorientować się co się właściwie stało Kase wstaje i chowa rękę pod płaszczem.
Miejsce zetknięcia jest o wiele zimniejsze niż wcześniej.
- Nie mogę Ci pomóc. - informuje szybko Kase.
Odwraca się i odchodzi.
Szansa uzyskania odpowiedzi właśnie przeszła mi koło nosa.
Taki idiotyczny,  nieprzemyślane błąd - irytuje się. Teraz dochodzi jeszcze jedno pytanie, co się stało dosłownie przed sekundą?
Chwytam pusty talerz po rosole i ciskam nią w ścianę salonu, aby dać upust złości.