Już z góry chciałbym przeprosić za długą nieobecność, ale niestety cierpiałam na dwutygodniowy brak weny. Czasami tak bywa i na to już nie ma rady.
Rozdział VII jest krótki, ale następny będzie w pewnym stopniu jego kontynuacją, po prostu wystąpiła potrzeba podzielenia go na dwie części.
Myślę, że zrozumiecie.
Miłej lektury. :)
~G.A.N.D.A.L.F
- To tam. - mówię cicho, kiedy zauważam stosunkowo mały ciemny, prawdopodobnie drewniany dom.
Tunel wyrzucił nas na pastwisku porośniętym od lewej zbożem, natomiast od prawej dziko rosnącymi kwiatami w kolorach żółci, bieli i jasnego różu.
Loki maszeruje przede mną między kempami chwastów i kwiecia. Obydwoje zachowujemy całkowitą ciszę.
Mimo, iż dotarliśmy na miejsce bezpiecznie, nie zmienia to faktu, że cały czas mogą nas złapać. Nie wiadomo czy teren nadal jest zabezpieczony, być może po przechwyceniu przyjaciela Xsaviera znaleźli, to miejsce. Możemy tylko czekać.
Cały czas idziemy, a mieszkanie mimo to zdaje się jakby w ogóle się nie przybliżało.
Zaciskam palce na ramieniu Lokiego żeby go zatrzymać. Odwraca głowę w moją stronę.
- Coś tu jest nie tak. - zauważam ściszonym głosem.
W odpowiedzi potwierdzająco kiwa głową.
- Dom jest zabezpieczony. - Chwyta mnie za nadgarstek. - Chodź.
W tej chwili się ode mnie odwraca i od razu wyczuwam, jak jego dłoń się nagrzewa. Nie wiem, co robi. Przez moje ciało przechodzi uczucie dziwnej pustki wewnątrz. Kiedy mnie puszcza widzę, że jesteśmy na przeciwko naszego celu, a dziwne uczucie znika.
Wchodzimy do środka bez żadnych przeszkód.
Dom jest duży i przestrzenny. Jego poprzedni właściciel najwidoczniej nie zaprzątał sobie głowy umeblowaniem mieszkania, w każdym pokoju są tylko najpotrzebniejsze rzeczy, nie ma szaf, regałów, okna są gołe, bez firan czy rolet, ściany puste.
W salonie - po lewej od wejścia - na przeciwko drewnianego okna stoi stara brązowa, skórzana kanapa, a po całej podłodze walają się rozmaite mapy, notatki i książki. Intuicja podpowiada mi, że jeszcze nie dawno ktoś pośpiesznie szykował się tu do podróży. Zastanawia mnie dlaczego właścicielowi tak bardzo zależało na czasie. Jest jednak możliwość, iż przyjaciel Xsaviera najzwyczajniej nie dbał o porządek, a w jego zwyczaju było zostawianie rzeczy na podłodze, o czym świadczą ubrania na ziemi, w sypialni, u góry.
Jedynym w pełni zaopatrzonym pokojem okazuje się kuchnia. Są tam zarówno blaty, szafki, lodówka, naczynia, jak i piekarnik, zlew i co najbardziej zadziwiające - mikrofala.
Po krótkim obchodzie domu, szczerze mogę stwierdzić, że dostatecznie dużo dowiedziałam się o przyjacielu Xsaviera. Wiem, że nie przebywał tu na dłużej, co potwierdza nie pełne wyposażenie domu, jednakże lubił gotować, więc nie odmówił sobie wspaniałej kuchni bogatej w ziemski sprzęt, co znowu wskazuje na to, że dobrze znał ludzi i ich zwyczaje, wiele map oznacza częste podróże, w tym przypadku przemyty i nielegalne wymiany na innych planetach.
Z domu można czytać jak z otwartej księgi, wystarczy tylko dobrze kojarzyć fakty - tego uczył mnie Xsavier.
Loki przysiadł na parapecie dużego okna w salonie na przeciwko kanapy. Wpatruje się w okno, za którym zaszło już słońce, zostawiając za sobą szaro - różowe niebo.
Przeszukaliśmy cały dom i nie znaleźliśmy nic ważnego po za mapami, reszta to mało ważne śmieci.
Mimo, że udało nam się tu dostać niepostrzeżenie Loki nie zdejmuje zbroi. Sprawia wrażenie niespokojnego, odkąd skończyliśmy przeszukanie cały czas wpatruje się w horyzont, zupełnie jakby wyczekiwał. Jednak nikt się nie zjawia, a on pozostaje w gotowości.
Na zewnątrz świat powoli zalewa ciemność.
W momencie, w którym nie da się już niczego dostrzec schodzę do salonu z opustoszałej sypialni i oczekuję zastać znudzonego do rozpuku, jak zawsze rozluźnionego Lokiego, lecz on nieubłaganie wypatruje niewidocznego.
- Oczekujesz odwiedzin? - pytam, opierając się o mosiężny regał.
- Raczej mam nadzieje, że nie nadejdą. - odpowiada głucho i nareszcie odwraca wzrok od okna.
- W jaki sposób przeszedłeś przez barierę? - mówię, tym samym dając mu do zrozumienia, że wcale nie zamierzam obawiać się jakiegokolwiek towarzystwa w tak strzeżonym miejscu, jak to.
Przygląda się mi przez chwilę i odpowiada.
- To była energia. Rodzaj daru. Chwyciłem Cię, żeby Cię objęła. Najwyraźniej była silniejsza niż to pole, dlatego tak szybko poszło. - tłumaczy.
Było dokładnie tak, jak podejrzewałam.
- Tak potężna moc. - myślę na głos.
Loki tylko prycha w odpowiedzi.
- Potężna i niewykorzystana. - wstaje z parapetu okna. - Byłem tak blisko, mogłem być Panem tej nędznej, nic nie wartej rasy! - unosi się w gniewnie. - Właśnie dzięki tej mocy.
Po tych słowach krew gotuje mi się w żyłach. Może i ludzie są najmniej rozwiniętą z ras, nie stwarzają żadnego zagrożenia, ale nigdy nie zgodzę się na to żeby ktokolwiek z powodu czegokolwiek chciał ją unicestwić lub podbić. To ich planeta i oni ustalają na niej zasady.
- Nie jesteś Bogiem Loki. - mówię spokojniej niż planowałam.
- Dla nich powinienem być Bogiem! To ja zdecydował bym o ich życiu i śmierci. Padali przede mną na kolana! Marne Ziemskie szczury! Niby nic nie warci, a tylu mścicieli chciało oddać za nich życie... - ostatnie zdanie dosłownie syczy z odrazą.
Momentalnie przestaję opierać się o regał i staję na równych nogach na przeciwko Lokiego.
- Kim jesteś żeby ktokolwiek padał przed tobą na kolana!? Kim ty do cholery jesteś żeby decydować o istotach, które codziennie toczą własne życie?! Chcesz decydować o ich życiu i śmierci choć sam jesteś nie warty nawet ich spojrzenia! Kieruję tobą żądza udowodnienia światu twej wielkości, mimo iż w rzeczywistości jesteś tylko małym chłopcem żyjącym w cieniu swego wielkiego brata. - na wpół krzyczę na wpół warczę w jego stronę. - To on jest Bogiem, a ty tylko pionkiem do strącenia w jego grze. Teraz jesteś wart mniej niż jakikolwiek Ziemianin! - Ostatnie zdania wypowiadam z największą zajadłością na, jaką mnie stać.
Mam świadomość wagi moich słów. Wiedziałam, co go zaboli. A on nie miał pojęcia, że ktokolwiek wie, co nim kieruje - słabości.
Już się odwracam, kiedy czuję miażdżący uścisk na moim gardle. Loki unosi mnie w powietrzę i mocno przybija do ściany.
W jego ciemno zielonych oczach widzę tylko furię, nie ma w nich miejsca na spokój.
Brakuje mi powietrza, więc zaczynam spazmatycznie oddychać i kaszleć. Przewieram nogami i rękami, ale nie mogę się wydostać z jego morderczego uścisku.
- Wart mniej niż jeden człowiek na tej planecie! - wrzeszczy uderzając moim ciałem o ścianę. - Teraz ja decyduję o twoim losie, o tym czy pozwolę ci żyć czy zginiesz. Chcesz teraz coś powiedzieć!?
- Morderca. - charczę.
Ręka na mojej szyi się zaciska i pali mi skórę.
Moje dłonie podobnie jak skóra na gardle płoną, wewnątrz serce wali mi jak młotem.
Oczy wypełnia mi krystaliczna zieleń połączona z łzami, skutkiem braku powietrza. Teraz już nie potrafię zapanować nad tym co się ze mną dzieje. Energia we mnie nie pozwala mi umrzeć.
Moja ręka wystrzeliwuje w stronę przegubu dłoni Lokiego. Zaciskam na niej palce i czuję jak uścisk na gardle robi się luźny. Krzyk Lokiego ledwo do mnie dociera, bo wypełnia mnie tylko bębniący dźwięk mojego pulsu.
Uderzam go otwartą dłonią w klatkę piersiową i z hukiem upada na regał. Podchodzę do niego, owijam dłonie wokół jego szyi i rzucam go na ziemię.
W jego oczach furia ustąpiła miejsce zwątpieniu i lękowi. Czuję, że coś we mnie walczy. Coś mówi mi, że mam to skończyć, ale ja tego nie chcę. Już mam uderzyć rozpaloną energią w jego serce, kiedy uświadamiam sobie, co chcę zrobić - chciałam wypalić mu serce - zabić.
Gwałtownie cofam się w tył w stronę ściany i powoli zjeżdżam w dół na podłogę. Światło w moich oczach z wolna gaśnie i pojawia się w nich coraz większa ciemność. Dostrzegam jeszcze, że Loki wstaje i klęka obok mnie.
Chciałam go zabić, chciałam jego śmierci. Wewnątrz czułam, że musi cierpieć.
- Proszę, wybacz mi.- powtarzam to słowo jeszcze kilka razy ledwo słyszalnym szeptem.
Widzę, że coś mówi, ale nic nie słyszę. Pojawia się mrok, a wewnątrz czuję żywy ogień.
