poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział X

Już na początku bardzo przepraszam za tę prawie miesięczną przerwę w pisaniu, mogę wytłumaczyć się jedynie po trochu lenistwem, po trochu brakiem weny  (w większości) i czasu.
A teraz zapraszam już do czytania. c:

Po powrocie do domu poświęciliśmy cały dzień na uzupełnianie poszczególnych wątków całej tej historii. Loki potrafi być niesamowicie dociekliwy, choć na ogół pytania zachowuje dla siebie. Na początku nadal trzymałam dystans, później jednak pozwoliłam sobie powierzyć mu część mojego zaufania, resztę wolałam zatrzymać dla siebie, mając w myśli cały czas słowa Xsaviera. Tę zmianę nastawienia zmieniła wymiana zdań na temat Thora. Pozwalał mi pytać o wszystko i stwierdzać dowolne nawet najokrutniejsze fakty.
- Zaplanowałeś zniszczenie ceremonii Thora. - powiedziałam podczas ostatniej rozmowy. - Ty zesłałeś Olbrzymy i sam odwiedziłeś Jotunheim.
Loki zawahał się przez sekundę, po czym wykrzywił usta z przekąsem.
- Tak. No cóż nie mogłem pozwolić zasiąść na tronie temu bezmyślnemu osiłkowi. - Prychnął. - Doprowadziłby do wojny prędzej niż byśmy się obejrzeli. Odyn nigdy nie dopuścił by do tego żeby Olbrzym zażądzał państwem, jednak wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. - urwał, ale za chwilę dodał. - Stałem twarzą twarz z mo.. naszym ojcem. Laufey jest..
- Był. - poprawiam go. - Był okrutny i bezwzględny. Nie miał żadnych uczuć. Nie czuł strachu, smutku czy nawet radości. Był zimny, jak cała ta jego planeta.
Wspomnienie Laufeya od zawsze budziło, a i teraz budzi we mnie odrazę.
- Tak.. a ja go zabiłem. - powiedział z dumą Loki. - Mimo to jesteśmy tacy sami, jak on, Kase.
- Nie, nie jesteśmy. Są pewne różnice. - pytająco przechylił  głowę. - Jak sam widzisz zazwyczaj mamy normalny kolor skóry, gdyż mając kontakt z ciepłem nasze ciało je pochłania, a taki jest tego efekt. - mówiłam, pokazując dłoń. - Żeby nasza skóra wróciła do normalnego stanu potrzebujemy "drobnej pomocy". Mamy też inny kolor oczu, nie zawsze jest to zielony tak, jak u nas. Podejrzewam, że to pewien przejaw naszego wspólnego daru. No i najważniejsze: uczucia. Posiadamy je, to zupełnie normalne, dla nas, a dla Jotunów zupełnie obce.
I tak dzień uleciał na wzajemnych wyjaśnieniach i pytaniach, a także stwierdzeniach i dyskusjach.
Na zewnątrz słońce zniknęło już przykryte ciemnym horyzontem, a mrok powoli rozpływał się wśród wszechobecnych, otaczających dom pól.
- Idziesz spać? - pyta Loki, kiedy wchodzę na schody.
- Muszę trochę odpocząć. - tłumaczę.
- Dzień pełen wrażeń, co? - zaśmiał się.
Odpowiadam mu szczerym, delikatnym uśmiechem. Odwracam się w stronę schodów i ruszam do sypialni.
Wchodzę, popycham lekko drzwi i momentalnie rzucam się na łóżko. Zrzucam płaszcz i skopuje buty. Jestem spokojna, całkowicie spokojna. Zastanawiam się jaki będzie mój następny krok, ale sen całkowicie odcina mnie od rzeczywistości już po paru minutach.

Śnię o białym, przerażająco mroźnym pustkowiu. Olbrzym leży martwy u moich stóp, a moja rozpalona ręka ocieka jego gęstą, zimną jak lód krwią. Siła i potężna moc, która jeszcze przed chwilą pozwoliła mi zabić tego o, co najmniej 2 metry większego ode mnie Jotuna, teraz gaśnie, a wraz z nią moja przytomność. Gdzie jest chłopiec? Szukam bezwładnie rękami po pokrytym śniegiem podłożu. Nie obchodzi mnie, co się ze mną stanie, a już zwłaszcza, co się teraz ze mną dzieje, chcę tylko znaleźć chłopca. Muszę. Rozglądam się, nie ma go. Nie ma go. Wszędzie ciemna krew rozlewa się po skałach, ale z przerażeniem zauważam także ślady jasno czerwonej krwi. Serce wali we mnie młotem. Czołgam się w kierunku coraz większej kałuży czerwieni. Proszę, tylko nie on. Ale moje błagania są nieistotne, chłopiec z rozerwaną piersią leży martwy, a jego krystaliczne, zimno zielone oczy patrzą na mnie zupełnie nieruchome. Przenikliwy ból uderza w moje serce, rozrywa je, a ja nic nie mogę zrobić. Krzyczę głośniej i głośniej, ale to nie daje mi ulgi. Rozdzieram sobie gardło, ale dalej krzyczę. Gotuję się we mnie nie tylko żal i ból, ale też najsilniejsza - nienawiść. Zielony błysk wypełnia moje oczy, a krzyk miesza się z ogniem i sztyletem przeszywającym moje serce. Nie potrafię tego opanować. Wydaję mi się, że moje ciało zaraz całkowicie rozpadnie się na kawałki. Chcę stąd uciec. Błagam. Niech to się skończy.
Słyszę tylko krzyk, tylko krzyk, tak przeraźliwy, że mrozi krew w żyłach.
- Kase! Kase! - ze snu wyrywa mnie czyjeś nawoływanie.
Gwałtownie podnoszę powieki i napotykam zielone oczy chłopca. On żyje. Łzy obficie spływają po moich plikach łącząc się w malutkie strumyki.
- O Boże. - wyszeptałam, nie mogąc uwierzyć w swoją nagłą radość.
Twarz Lokiego wyraża przerażenie łączące się z szokiem.
Płaczę, ale teraz już tylko ze szczęścia. Wyciągam rękę i delikatnie ujmuję nią policzek brata. W pierwszym momencie spina się, ale zaraz się rozluźnia, a przerażenie zastępuje ulga.
- Krzyczałaś. - informuje mnie cichym napiętym głosem. - Co się stało?
- Tylko sen. - mówię, wycierając twarz.
Nie wydaje się usatysfakcjonowany moją odpowiedzią, ale to musi mu wystarczyć. Loki jednak się nie poddaje.
- Co w nim było? - siada obok mnie, a kiedy nie udzielam mu odpowiedzi, dotyka lekko mojego ramienia. - Możesz mi powiedzieć.
Machinalnie się uśmiecham, jak zawsze, kiedy traktuje mnie, jak siostrę, ale to nie wystarczy. Nie chcę żeby o tym wiedział i tak pozostanie.
- Jotunheim. - mówię ostrożnie. Powiedziałam prawdę, skąpą w szczegóły, ale jednak. Nie mam najmniejszego zamiaru go okłamywać.
- Olbrzymy. - domyśla się.
Potwierdzam skinieniem głowy.
Zamyślenie na chwilę zamgliło spojrzenie Lokiego.
Nie dociera do mnie, że tak mogłoby być zawsze. Taka możliwość, jak dotąd była dla mnie tak niemożliwa, że aż niedopuszczalna. A teraz siedzę tu zlana potem, z zaczerwienioną twarzą od płaczu i obolałym gardłem od krzyku, obok mnie siedzi mój brat, który przez całe życie w najmniejszym stopniu nie zdawał sobie sprawy, że ma siostrę. Aż trudno to powiedzieć, ale wszystko wskazuje na to, że docenia to wszystko. Te gesty, słowa - coś podpowiada mi, że to nie jest on, a słowa Xsaviera zaczynają przybierać rzeczywiste kształty, mimo to te myśli ledwo do mnie docierają.
- Pójdę spać. - mówię zmęczonym głosem.
Otrząsa lekko głowę wracając z krainy swoich myśli.
- Dobrze. - Staje przy wyjściu. - Jestem obok. - mówi wskazując kciukiem pokój za ścianą. 

Noc minęła mi już bez żadnych niespodzianek, mimo to koszmar odcisnął na mnie swoje piętno. Podkrążone oczy mono odbijają od mojej bardzo jasnej cery, a w dodatku bolą mnie nieznośnie.
Odkąd się obudziłam nie daje mi spokoju jedna myśl "Czy bóg kłamstwa może okazywać prawdziwe uczucia?". Nawet jeżeli są to oskarżenia w stronę Lokiego, nie mogę powiedzieć żeby były bezpodstawne, do tego karcę się w myślach za moją bezmyślność i przesadną ufność komuś takiemu, jak mój brat. Czy w takim razie mogę być kiedykolwiek pewna jego słów? Przełykam ciężko ślinę.
Dam mu szansę, jeżeli tylko zacznę coś podejrzewać zwiodę go. Oszukiwałam i kłamałam już tyle razy, że prawie dorównuje Lokiemu.

LOKI

Zapach jedzenie w siatkach przyjemnie pięści moje zmysły. Ziemskie jedzenie jest czasami tak dobre, że można powiedzieć porównywalne z asgardzkim. Dam je Kase, a ona już zrobi z tego użytek.
Kiedy dochodzę już do bezkresnych pól przechodzę przez barierę ochronną naszego domu i staję na progu drzwi.
Kase zdążyła się obudzić, siedzi w salonie. Kładę siatki na stole przed nią, ale ona nie wykazuje żadnej reakcji. Patrzę na nią, ale coś tu jest nie tak.
- Kase, chodź tutaj! Twoje odbicie się nie rusza! - śmieję się podziwiając nieudaną próbę siostry.
Przechodzi koło mnie z rozdrażnionym wzrokiem i przywołuje postać dłonią, po czym ta znika.
- Jak ty to robisz? Nie potrafię tego opanować. - mówi i rzuca się na kanapę.
Dobrze pamiętam, kiedy matka mnie tego uczyła. Zachowywałem się wtedy dokładnie, jak ona.
- Musisz się skupić na ruchu. No i oczywiście panuj nad temperaturą mocy. - tłumaczę po raz setny.
- Już to słyszałam. - mówi przewracając oczami. - Gdzie byłeś? 
- Po jedzenie. - podnoszę rękę, w której trzymam siatkę.
Kase już godzinę później kończyła doprawić obiad i teraz siedzimy jedząc koleją zupę. Kase mówi na nią ogórkowa, to zupa z jakiegoś owocu.. chyba. Jest przeraźliwie kwaśna, ale smaczna. Ciekawi mnie skąd wie tyle o Ziemii.
- Myślę, że to dobry moment żeby pogadać o tym po co cię tu ściągnęłam i co będzie dalej. - powiedziała nagle Kase.
"Po co mnie tu sciągnęła" te słowa trochę mnie zaskakują. A więc nie ściągnęła mnie tu wyłącznie, dlatego że jesteśmy rodzeństwem?
- Co masz na myśli? 
- Jak pewnie sam zauważyłeś nasze pokrewieństwo nie jest jedyną przyczyną mojego pojawienia się. - uśmiechnęła się zaczepnie. - Jest coś co ci się spodoba.
- Kontynuuj.
- Wiem, gdzie znajduje się pewna starożytna broń. Pozwala posiadaczowi na zwiększenie jego możliwości i mocy, jeżeli tak ową posiada. Jeśli udałoby nam się ją zdobyć dałaby nam tyle mocy, że razem zdołalibyśmy podbić.. 
- Ziemię. - zdzieliła mnie w twarz.
- Idiota. - zaśmiała się. - Myślałam raczej o Asgardzie. - powiedziała to z niewybaczalnie chytrym wyrazem twarzy.
- Coraz bardziej mnie intrygujesz siostro. - powiedziałem z niekrytym podziwem.